Nie daj się zahipnotyzować, że prace twoje są bezużyteczne, że nikogo nie obchodzą, nie trać z oczu, że tylko wielka systematyczność, tylko nagromadzenie wielkiego materiału konkretnego i opracowywanie go zawsze z punktu widzenia, z jakiego jest on dla ciebie ważny i interesujący, może zapewnić znaczenie i zdolność trwania oraz rozwoju twoim studiom. Cóż stąd, że taki Macaulay pozornie uniemożliwia samym tonem, stylem swej osoby stosowanie do niego miary, dajmy na to, religijnej. Wiesz, że religia odsłania ostateczne tajemnice człowieka — nie lękaj się paradoksalności, lecz bądź stanowczy i charakteryzuj niedrżącą ręką. Nie zapominaj, nie zapominaj nigdy, że pomimo wszystko istotnie w każdej chwili wolnej usiłowałeś wznieść głowę ponad piaskowiska porywające ci duszę i myśli — i badać, poznawać. To jest duma, to jest godność twoja. Urodziłeś się myślicielem i nie zastałeś miejsca dla tego typu ludzi w społeczeństwie. Od wczesnych dni dzieciństwa pojono cię automatycznie, uporczywie przeświadczeniem o „nierealności” twoich instynktów. Odebrano ci dobre sumienie w tym, w czym mieć je mogłeś. Miałeś i umiesz jeszcze mieć upartą, niezłomną prawie, wolę i nie masz przeświadczenia, dobrego samopoczucia tej woli. Tak żyłeś przez długie lata. Przez długie lata dojrzewał w tobie charakter, któremu byłeś wierny, ale jako występkowi, jako brakowi charakteru. W ten sposób wypaczona dusza nie wyprostowuje się już nigdy. Jesteś garbaty moralnie i fizycznie. Teraz przynajmniej nie daj się zatrwożyć. Dzień po dniu zbieraj fakty, ucz się tworzyć je z własnego wnętrza, rozszerzaj łączność swą i pokrewieństwo z całym pracowitym i mężnym gatunkiem. Nie dbaj, gdy cię będą posądzać, że czynisz to przez próżność, chęć popisania się nowymi nazwiskami. Miałeś tę wadę, masz ją w stopniu mniejszym. Nie jest to wada nazbyt trująca, lepiej byłoby, żeby nie była ona osłabła, jeżeli wraz z nią osłabnąć miał naiwny pociąg do zdobywania nowej wiedzy. Wola musi dźwignąć wszystko, czego już instynkt, pociąg i namiętność nie dźwigają. Nie pomoże, gdy będziesz mówił o wielkości umysłu europejskiego, musisz nakreślić jego dramat, nakreślić w stu, w ilu zdołasz, patetycznych, ale myślowo tylko — rozdziałach. Musisz ukazać całą dramatyczną nieprzewidzianość, cały polimorfizm prawdy, rozkochać w niej umysły jak w poszukiwaniu przygód.
Mój Boże! Gdybym młodość spędził poznając ten dramat — dramat istnienia Michała Anioła, Leonarda, Galileusza, Kartezjusza, Bacona. Ojciec przecież widział, jak kurczowo zaciskały się palce na każdej książce, na literaturze Scherra470, na XVIII wieku Schlossera471, na Julianie Schmidcie472, na Brandesie473, na każdym tomie, który przynosił mi wieści. Dlaczego mnie tak zostawiono, dlaczego skazano na ugorowanie, na bezpłodną fermentację — całe warstwy, całe zakresy mej duszy.
Turgieniew — na zawsze powinno to być święte dla mnie imię. Ojciec dał mi Spasowicza474 (miałem 14 lat), to nie był najgorszy podarunek — nie skorzystałem tak, jakbym mógł, ale skorzystałem ze studiów o Hamlecie475, Byronie. Te zaś o Syrokomli476, Polu477 niewątpliwie głęboko wryły się w duszę i zrobiły dużo — dużo dobrego, myślę. — Ale pamiętam tę noc w zajeździe. Przyjechaliśmy wtedy do Niemirowa po raz pierwszy podać prośbę o przyjęcie do gimnazjum i papiery, znaleźć mieszkanie. W nocy przed odjazdem pisałem głupi, błazeński list do W. Rostworowskiego z refleksjami o Kalince, którego ledwie parę stronic przeczytałem. Tylko jeden tom leżał wśród kurzu u Romualdów w salonie: II część bodaj drugiego tomu. I wtedy też ojciec zaczął mówić o Kremerze478, myślę, że go nie czytał nigdy, a jednak mówił tym swoim zwykłym, na wpół drwiącym, na wpół skrępowanym przez coś, tonem, gdy mówił o filozofii. Było niemożliwie już dużo cantu479 w jego biednej głowie, a takimi rzeczami, takim tonem robił mi on dużo krzywdy. Jest to nasza specjalność ten polski ton — szacunku, który nie szanuje — nie ma czym. Biegun przeciwległy życiu, bez sugestii à la Tołstoj. Turgieniew i Bazarow480 — tu wnieśli życie ze sobą. Jest to wielka rzecz ten Bazarow.
Jakeśmy rozprawiali o nim, jakeśmy rzucali sobie wzajemnie w twarz Рудина481 — ja — Stanisław Dybczyński — co się z nim stało? — Рудин! Mój Boże, pamiętam, gdy Dybczyński pytał się mnie z głęboką zasępioną miną, czy właściwie, moim zdaniem, Anna Karenina482 należała do demimondu483. Zadecydowałem, że nie, choć Anny Kareniny jeszcze nie czytałem, a o demimondzie jakież miałem pojęcia!
Przeklęta rzecz niektóre wspomnienia. Podłość i jeszcze raz podłość pewnych scen. A przecież było to rozprzężenie konieczne, pamiętam fakty, ale nie zdołam ocenić krzywdy, jaką wyrządziłem sobie w tym ostatnim roku. A przecież, gdym się włóczył z Nikołajewem, K.... M.... po szynkach484 i tych strasznych norach, które dziś przerażają we wspomnieniu, właściwie jak maniak rozmawiałem o Bucklea’ch i Draperach485 — jak szydził biedny Zieńkowski486. Niewielką ma wartość czystość fizyczna. Zachowałem ją faktycznie. Byłem z pół setki razy dla towarzystwa, po pijanemu, ze zwierzęcej ciekawości w domach rozpusty i odgrywałem tam rolę Pierrota487-obserwatora, śmieszną i ohydną. Ale najstraszniejsza była ta noc, gdy trzynastoletni Adaś wyszedł za nami ze stancji i wślizgnął się do tej jaskini. Nas było przy tym czterech osiemnastoletnich młodzieńców i patrzyliśmy z filozoficznym spokojem na dowody dojrzałości obiecującego pupila. To nie powinno być przebaczone. Jeżeli żyje ten człowiek, ma prawo żądać od nas satysfakcji, najwyższej, niepodobnej satysfakcji. T. zginął na delirium tremens488, K. pewnie poszedł za nim. N. — jest pewno gdzieś urzędnikiem. A ja? Zrobiliśmy sobie obaj wówczas ciężkie krzywdy. Analiza, skąd to zjawisko? Ten fakt Adasia, jego coup d’état489. Mój Boże, tego się biedny pan Jan pewno i nie domyślał. Biedne, biedne stare dzieci, ci dzierżawcy W*** — owi szatani kusiciele w opinii mej matki. Ach, Mamo! Jak to wszystko dzisiaj przedstawia się małe, bezbronne, śmieszne. To byli ojcowie rodzin, ojcowie, którzy mieli wychować pod ciężarem niebywałego ucisku pokolenie mężów. Biedne, zahukane Prometeusze! A przecież. Pamiętam, jak to czytało się Sienkiewicza, pamiętam rozmowy o Wilhelmie III490, tym właśnie Mariuszu491, o jego „napoleońskiej” roli co do Polaków, pamiętam deklamacje, płacz ojca. Te same łzy, które i ja mam już na poczekaniu — nawet bez kieliszka jak mój staruszek. A strach Białowskiego! A przede wszystkim zwłaszcza matka sama. Płacz i śmiech — ani odrobiny żelaza w tym wszystkim. Grzegorz Winogrodzki492 pewno widzi to inaczej — ale on był zawsze idylikiem.
Publicysta, czy jest to Skarga lub Savonarola493, czy Burke albo Blanqui494 lub Mochnacki495, zawsze stara się (i w znacznej mierze automatycznie to osiąga) przedstawić samą rzeczywistość tak, aby pewna forma działania wydawała się nie tylko jedynie zbawienna, wartościowa, ale wręcz jedynie rzeczywista. Wola tu urabia apercepcję przede wszystkim w samym publicyście — a następnie już działając przez słowo żłobi dla siebie kanały i drogi w duszach i umysłach współczesnych. Przede wszystkim, gdy idzie nam o krytykę, dbać musimy oto, w jaki sposób powstała i utrzymuje się ta wola. Zdanie Martineau496 (zapewne Jamesa, nie Henriety497) cytowane przez R. Inge’a498 w jego książce o angielskiej mistyce499, dostarcza nam tu metodologicznego klucza. W gruncie klucz to jest przez Newmana z przedziwną czarującą subtelnością raz na zawsze przysposobiony. Mickiewicz u nas (a całe chrześcijaństwo zawsze i wszędzie) był tej metody w krytyce i filozofii, w całym królestwie ducha — a więc myśli i czynu — zwiastunem i głosicielem. Qui facit veritatem500. I on — tylko. Ale Martineau dołącza pytanie: jak ją pełni, jak często, w jaki sposób, co znaczy pełnić, słowem: postępuje według najrdzenniejszych i istotnie drogocennych praw umysłu angielskiego. Freeman501 pisał Growth of English Constitution502, ale dla filozofa pokusą jest inne zadanie: growth of English mind503 i może, jako podtytuł: lekcja logiki poglądowej lub też: jak zbudowana jest dusza ludzkości. O potędze — i to właśnie filozoficznej, metafizycznej obrazu, jaki roztoczyłoby rozpatrywanie tego rodzaju — Polacy i nie tylko Polacy nie mają wyobrażenia, a nie mnie widać danym będzie wnijść do tego królestwa. Znów choroba nieoczekiwana i paraliżująca. Co się stanie z nami, z biedną myślą i biedniejszą jeszcze rodziną moją? To także należy do mojego facit504. Ale trzeba mieć odwagę, a wtedy wrośnie i ta choroba jako władza w jakości umysłu i dzieła. Tylko że odwagi nie staje i żal myśli niedosnutych. Dość o tym. Milcz i służ. Ale myśli moje daleko... jak daleko odbiegły. Pierwotnie myślałem o Courierze505 i teraz ze zdumieniem widzę, że pozornie tylko był to ekskurs506. Tacy publicyści jak Courier są straszni, bo wola działa w nich jako artyzm, jako rozpławiony w artystycznym, niewzbudzającym podejrzenia, widzeniu, temperament. Ale tu dopiero Qui facit i Martineauwskie kategorie i punkty widzenia. Pedantyzm? Tak, w ręku pedanta. W ręku filozofa, poety, wejrzenie w głąb dziejów, duszy francuskiej.
*