— Trzymajcie go! — wołał, nie zdejmując czapki.

— Nie chcę ani uciekać, ani się bronić, nie ma powodu mnie więc trzymać.

Malczat!310 — krzyknął dygnitarz. — Nie razsużdat!311 Ja dostałem całkowite pełnomocnictwo, ja mogę użyć siły zbrojnej.

— Oni przecież nie stawiają oporu — odezwał się jakiś cywilny jegomość, wskazując na mnie.

— Ja bym jemu pokazał opór. Całe szczęście tego łotra na Galernej ulicy, że umarł, już ja bym mu...

Tymczasem pan w cywilnym schwycił już w swoje szpony kajet312 Brenneisena i twarz jego nabrała wyrazu jakiejś lubieżnej radości. Spojrzał na mnie prawdziwie przyjaznym uśmiechem.

— Niechże pan każe przecież puścić ręce łaskawego pana, panie komisarzu. Ręce mają ciężkie... — Jak gdyby tłumaczył się przede mną. — My jesteśmy wszyscy tymi zajściami trochę podenerwowani... Trzecia noc... A tam trzeba było szturm przypuszczać. Dzielny człowiek był pański przyjaciel. Wojskową karierę mógłby zrobić, a literaturą, widzę, trudnił się.

Milczałem.

Przystąpiono do rewizji.

Pomiędzy innymi rupieciami znaleziono bilet mego krewnego Ignacego Kaniowskiego — tajnego radcy. Bilet zaczynał się od słów: „Drogi kuzynie”.