Znałem w Petersburgu pewnego staruszka.

Znał on jeszcze mojego ojca za jego młodych czasów. Mieszkał on tu, z emeryturki jakiejś żyjąc i z przepisywania nut.

Byłem u niego wkrótce po przyjeździe. Potem parę razy. Stary był małomówny i w sobie zamknięty. Miało się wrażenie, że mieszka on sam w sobie, doskonale przed światem zaparty322. Pokój jego był nagi jak cela, od celi mniszej różnił się tylko brakiem krzyża.

Postanowiłem teraz pójść do pana Fiediuszki.

Wiedziałem, że wstawał rano i że niedobrze jest mi włóczyć się za dnia po ulicach.

Kiedy zastukałem do drzwi, otworzył mi sam, ubrany już w swoją siwą bekieszę323 i futrzane buty. Był taki sam, jak zawsze, wysoki i poważny, siwizną niby soplami lodu obmarzły.

W jego oczach nie było zdziwienia, gdym wszedł.

— Siadaj — rzekł.

Spostrzegł, że drżę z zimna, i wyjąwszy jakąś butelkę, nalał mi duży kieliszek mocnej, starej wódki. Potem przyniósł kawałek chleba i sól.

Powiedziałem mu, co mnie tu sprowadza.