— Precz z księżmi!

— Śmierć, śmierć gwałcicielom!

Tłum sunął groźny ku starcowi.

Aldy wskoczył na jakieś podniesienie.

— Jestem socjalista, Aldy — zawołał — robotnik, jeden z waszych; puśćcie precz tego człowieka. Niechaj idzie obciążony waszą pogardą.

— Ja przyjmuję wszystko jako dopust boży.

— Dość słów — rzekł Aldy. — Powiadacie, że jesteście sługami bożymi, że wiecie lepiej od innych, czego chce Bóg. Żyjecie po to, aby On mógł na was patrzyć z upodobaniem, wierzycie w Boga. Pójdź i połóż swe ręce na głowy tych dziewczątek i proś, niech im wróci Bóg nieświadomość dusz i zdrowie ciał.

— Nie będziesz kusił Pana twojego.

— Gdzież są wasi święci, których słucha Bóg, niech wystąpią i zrobią cud...

— Świętych, świętych, świętych! — krzyczał lud. — Opłacamy was, abyście byli świętymi.