Widziałem ludzi, którym życie upłynęło na wyładowywaniu towarów. Przenosili oni na swoich barkach produkty wszystkich stref, ale myśl ich znała tylko ten zakątek miasta, w którym żyli, kąt jakiejś izby do spania, szynkownię396, do której chodzili co dzień, i niejasne wspomnienia może wsi, z której wyszli. Człowiek myśli nie tylko głową, ale i całym ciałem. Plecy chore, nie wyprostowujące się przez całe życie, nogi, które powykrzywiały się pod brzemieniem ciężarów, ręce pełne odcisków stwarzają także własny światopogląd.

W dniu, w którym jakaś paka miażdży jedną ze stóp tragarzowi lub gdy barki zgarbią się i staną się bezsilne — cóż zostanie mu prócz wielkiego zmęczenia i olbrzymiej monotonnej próżni, która była jego życiem?

Otaczali mnie przecież ludzie tak całkowicie zjedzeni, starci przez życie. Tu, na bruku miasta o wielowiekowej przeszłości, mieli naiwność nomadów397, niezdolnych pojąć tego świata, który ich dusił, przytłaczał, dławił swoim życiem.

Czułem się tak samo zniszczony, jak oni.

To, czym żyła kiedyś moja myśl, wydawało mi się obce, niepotrzebne. Nie wydawało mi się nawet. Byłem istotnie obcy i sam. Sam, ze swoim niepotrzebnym życiem wobec olbrzymiej, zastygłej bryły.

W nocy patrzyłem w niebo i myślałem, myślałem z jakąś cielesną wściekłością, że tak zejdę ze świata, nic nie wiedząc.

Wszystko się przetrawi, przepali, pozostanie fermentująca masa, która była moją duszą, myślą.

I tak naokoło wszystko.

Nadejdzie przecież dzień, w którym rozwali się, zastygnie ta ziemia.

To znowu przychodziły inne chwile.