Niechaj zagasną oczy, ale upiwszy się pięknem.

Cała istota moja wołała o miłość.

Skarżyłem się szumiącemu morzu, skarżyłem się milczącemu niebu — im wiecznym, ja — przemijający.

I sam nad sobą płakałem w głuchą noc, leżąc na zimnym marmurze.

Dobiegał mnie gardłowy, ochrypły śmiech, to gromadka włóczęgów szukała szczęścia z dwiema ulicznymi harfiarkami.

Ale w tej chwili nie drażniło mnie to.

Nie obchodziło mnie nic, nie czułem nic prócz wielkiego żalu nad sobą.

Myślałem, że mogłem ożenić się z jakąś piękną, młodą, czystą jak kwiat panną.

Byłem bogaty i nazwisko moje było znane w kraju.

Opowiadałem to sam sobie, jak się opowiada dziecku bajki.