A wewnętrznie skowyczało coś we mnie i wiło się.
Cały następny dzień błąkałem się bez przytomności po mieście.
Wydałem ostatni grosz i nie mogłem żadną miarą skupić myśli na tej sprawie.
Zmrok zapadał, kiedy zstępowałem ku portowi przez jedną z wąskich genueńskich ulic...
Otarłem się o jakąś postać i stanąłem: prosto w oczy patrzyła mi się parą czarnych oczu młoda kobieta. Czarne włosy wybiegały jej spod kapelusza bezładnym splotem, na plecy miała zarzucony jasny szal. Oczy patrzyły się z bezczelną, palącą śmiałością. Objęła spojrzeniem mą postać, pogardliwie wydęła wargi, spostrzegłszy mój kostium. Było coś wyzywającego w jej spojrzeniu.
Nie pamiętam, o com ją zapytał, zdaje się, że o drogę do portu.
Parsknęła śmiechem i zaczęła mówić, mówić z niesłychaną werwą, bez końca. Nozdrza jej rozdymały się, gdy mówiła.
Po krótkiej chwili pytała mnie:
— Czy masz pieniądze?
— Nie.