Nie wiem już nic, bo w drzwiach stał stryj Oktawian.

Nie widziałam nigdy tak bladego człowieka.

Szedł, a nogi mu się chwiały, i mówił coś, ale słyszało się tylko jęk.

Podszedł i zaczął wodzić po twarzy Michała rękami, jakby był ślepy. Coś szeptał, ale nie słyszałam słów.

Michał prowadził go za rękę jak kalekę, jemu z oczu płynęły łzy, a ręką ciągle dłoń Michała gładził.

Potem Michał już stąpał, a on koło jego łóżka siedział. Mruczał sam do siebie i płakał.

Na drugi dzień miał chyba o połowę więcej siwych włosów; kiedy nalewał sobie i synowi wino, ręce mu się trzęsły i wino płynęło po stole. Tak utkwił mi w pamięci i pamiętam wciąż jego oczy z podziwem i strachem w twarz Michała wpatrzone, jak gdyby lękające się spotkać jego spojrzenie.

Taka cisza jest teraz wieczorami i nocami koło naszego domu. Siedzę i słucham, słucham, czy nie skrada się kto: budzę się i wydaje mi się, że słyszę dzwonki, stąpanie po zmarzniętej ziemi i głosy... Serce bije, głowa się napełnia hukiem. Przechodzi długa chwila, nim rozpoznam, że słyszę tylko trwogę, że nie idzie nikt. O poranku wyszłam do ogrodu. Na czarnych gałęziach był szron. Niebo było chłodne, blade, zasępione, niebo złych przeczuć, lęku i rozterki.

Ja obca jestem tu, w tym domu.

I będę się tu tułała jak więzień wśród czterech ścian, kiedy on pójdzie znów na chłodne pola.