— Widziałem je, jak krążyły w tym dniu — mówił — nad ciałem biednego Adasia. Rękoma musiałem wykopać grób, potem siadłem nad nim i chciałem pilnować. Aż wreszcie zrozumiałem, że nie warto było przysypywać ziemią prawdy. Taka jest: na strawę drapieżnych ptaków nasze ciała. Będziemy walać się po rozstajnych drogach.
Opowiadał mi, jak oni giną.
Opowiadał, jak płynie krew, i widziałam, jak usta jego się ścięły.
— Padną nas tysiące, a nowe przyjdą i rozwalą w gruzy ten świat krwi i kłamstwa.
Nadejdzie nasz czas.
Na dnie duszy żyje granitowa pewność: przyjdzie nasza chwila
Niechaj on leży tam, na leśnej ścieżce.
Niech mu wydziobią kruki jasne oczy: taka jest prawda człowieka.
Żywych, konających wrzucano przecież do dołu wraz z trupami.
I nagle spojrzał mi w oczy i zapytał: