Po obiedzie Adaś odjechał. Mieliśmy jeszcze zostać z godzinę.
Leżałem na brudnej kanapce w zajezdnym pokoju: palący niepokój ogarnął mnie. Było duszno. Zasnąłem męczącym snem. Obudził mnie jakiś szmer. Otworzyłem oczy: to dziewczyna sprzątała ze stołu...
— Jak się nazywasz? — spytałem.
— Bejła — odpowiedziała i zaczerwieniła się.
Wstałem z kanapy i drżąc na myśl o własnym zuchwalstwie, położyłem swą rękę na jej plecach.
Dziewczyna stała bez ruchu. Plecy jej lekko drżały pod moją dłonią. Po chwili odwróciła się i oczy jej spojrzały na mnie jakby z drwiącą zachętą i wyzwaniem.
Nie wiedząc, co czynię, objąłem ją i zacząłem całować. Nie opierała się, nagle wyśliznęła się z moich rąk. We drzwiach stał Spirydion, furman.
— Nie możemy jechać, paniczu, trzeba zanocować: Siwka zakulała...
Jakaś dzika radość i strach ścisnęły mi serce.
Czułem, że to zrobię.