— Gdyby, gdyby... Olu... — rzekł, zacinając się — urodziło się wam dziecko... mnie go przyślijcie. Słyszysz, Olu, mnie.

Matce twojej nie powiem nic, żem wiedział, rozżaliłaby się na mnie i odeszła, ale ciebie ja nie mogę wstrzymać: człowiek musi robić wszystko sam.

I jeszcze mówił:

— Nie mam Boga, który słucha modlitw, i nie mam komu powierzyć cię, dziecko moje. Żadnemu Bogu. Idziesz sama. Ale teraz, kiedy będę myślał o nim, będę wiedział, jesteś ty, a o tobie — jest Michał.

Idę i zamykam trumnę.

Nie będę płakać — nie chcę.

Bądźcie wy dla niej litościwe, wiatry jesienne.

Bądź miłościwym dla niej ty, słońce.

Mówcie jej, że wszystko przemija, trawy i liście, nauczcie ją cichego, dobrego smutku. Niechaj ona po mnie nie rozpacza. Mówcie jej, że powróci wiosna. Niechaj śpi, niechaj marzy moje stare biedne dziecko.

My się przecież, mamo, zobaczymy.