Tur chwycił mnie za rękę:

— Ty jemu powiedz, twojemu Moskaluszce, niech mi on o wybaczeniu nie gada, on! Jeszcze w uszach mam skrzyp tych szubienic. Wara! Od tego mi wara! To moje! Słysz ty, moje. Ja się nie modlę, ale Ona moja. O, psiakrew! — i gruchnął w stół, aż zabrzęczały szklanki.

Siedzieliśmy z nim pośród nocy, spleceni ramionami, zmawiając się przez łzy...

— Ja cię nie wydam, was nie wydam — bełkotał Tur — na nas liczcie, wy tam nasze zaprzepaszczone straże, gońce śmiertelni. Zmóc się musiała dusza... Nic się nie bój, ja to wszystko zachowam: cały twój zapamiętały ból. I ona wróci, słyszysz, ta krew wasza. Nic się nie bój: martwe słowa mówił ten ksiądz. Ja już podźwignę. Silnym560. My tu wesołą mamy duszę. Idź już, bracie, już ona jest między nami, prochowa nić, pobieży, pobieży śmiech-ogieniek. Już my tu staniemy jak dęby i ani jednego źdźbła nie uronim: żyć będą one wszystkie, święte prochy, wysiejemy je, wyniańczymy już duszę. Staną, jak o świcie, te zielone pióra.

XII. Sternikiem śmierć

Przyjechałem do Petersburga całkiem wyczerpany. Dwutygodniowa praca przy podkopie561, nieustanne nerwowe naprężenie, wreszcie ostatnie godziny oczekiwania, moment strasznego wzruszenia, gdy ogłuszył nas huk, późniejsza ucieczka, wszystko to wprawiło mnie w stan oszołomienia. Niejednokrotnie doznawałem wrażenia, że we własnej duszy można zabłądzić. Coś niedostrzegalnego, jakieś przelotne wrażenie, blask słońca, odbijający się w pewien szczególny sposób, zapach, jakaś nuta piosenki — wywołują wspomnienie dawno utraconego momentu, czynią go obecnym. Teraźniejszość znika sprzed oczu, a raczej tamto mgnienie staje się teraźniejszością.

Teraz doznawałem wrażenia, że idę znów poprzez pola z tego lasu, w którym leży na żer krukom Adaś. Idę i zapukam znów do naszego okna. Otworzy mi je taka bliska i taka cudownie daleka dziewczyna. Usłyszę znów kroki, które bym poznał wśród tysiąca. Idą ku mnie te oczy stare, mądre, tęskniące, dumne oczy, które nie chcą płakać. Postanowiłem, że muszę tam pojechać, niech się ucieszy staruszek. Ola zobaczy grób matki. Myślałem, czy będzie mogła, czy zechce pojechać. Trzeba będzie jej jednak wyperswadować na jakiś czas drukarnię. Nie wychodziła już na powietrze chyba siódmy miesiąc.

Wyskoczyłem z tramwaju i kupiłem pęczek narcyzów i fiołków. Nie znałem się nigdy na kwiatach i myliłem się zawsze w ich nazwach. Jeszcze jedna, jeszcze druga ulica. Przypomniał mi się Michajłow i postanowiłem mu dogodzić. Przeszedłem na drugą stronę, aby zobaczyć, czy podniesiona jest firanka w trzecim oknie na znak: wszystko pomyślnie. Nagle poczułem, że nogi pode mną drżą: w oknach powybijane były szyby, patrzyły groźne, czarne, poszczerbione.

— Teraz nie trzeba wpaść — myślałem instynktownie. — Oli będę potrzebny. Nie trzeba wpaść.

Wyjąłem bukiecik fiołków i zająłem się umieszczeniem go w butonierce. Serce wyło. Utknęło na mnie czyjeś spojrzenie. Obmierzłe spojrzenie szpiega. Widziałem, że patrzy na mnie jakby z niedowierzaniem. Przeszedłem koło niego niedbale uśmiechnięty. Musiałem ujść jakieś pięćset kroków. Nagle usłyszałem za sobą kroki. Udałem, że poprawiam coś koło obuwia i nieznacznie obejrzałem się: szpieg szedł za mną, spoglądając ku drugiemu trotuarowi; z tamtej strony podążał nazbyt mi znany Aron Vogel. Była to już prawie obława.