— To już na wasze głowy spadnie — mówił Pobiedonoscew jadowitym głosem. — Na was, co siejecie prawdy, powtarzacie papuzie słowa: rozum, wolność, miłość, nauka. Rosja musi mieć własną naukę, własny rozum, posłuszny Bogu, milczący. I tak będzie, będzie. Ja przyjmuję odpowiedzialność. Będą mnie nienawidzić. Ja wiem, czego chce Rosja. Kto posiał bunt w duszach rosyjskich? Bielińscy, Czernyszewscy, wy wszyscy. Rozum. Rozum ma być wykonawcą — ma służyć...

— Czemu?

— Wielkiej i potężnej Rosji.

— A Rosja?

— Nie wolno tak pytać. Nie śmiej pan! Rosja jest szaleństwo boże, ona jest. Jest. Świat powie: Rosja. Królestwo boże. Boże, nie człowieka. Tak.

Zaczął się żegnać.

Należałem do gości drobniejszego kalibru, na których można było nie zwracać uwagi. To zaoszczędziło mi pożegnania.

Ale pomiędzy Worobjewem i Pobiedonoscewem zaszła scena.

— Nie znam pana — rzekł Worobjew — nie znam pana... Pragnę zapomnieć o panu, pragnę zapomnieć, że pan był kiedykolwiek. Pan krwią zbrukany. Pan jest zbrodniarzem. Pan się wyrzekł Chrystusa... Pan jest duch dumy i wiecznego chłodu...

Pobiedonoscew zbladł...