— Jedź ze mną, Wołczok — proponowałem.
Po jej twarzy przebiegł jakiś uśmiech, skinęła smutnie głową:
— Tu zostanę.
I zmieniła szybko kierunek rozmowy.
Mówiła, jak w kołach robotniczych przed straceniem Perowskiej, Żelabowa i innych istniał projekt zbrojnego odbicia ich.
— Wasyli do ostatka spierał się ze mną, że to byłoby możliwe lub pożyteczne.
Wasyli — był to Tichonow.
Wszedł on w tej właśnie chwili.
Nigdy nie wydał on mi się tak strasznie mizerny i nieszczęśliwy, jak teraz.
— Przyszliście, Miszuk — rzekł — to dobrze... dziękuję...