— Dlaczego nie miałbym przyjść? Nie gniewacie się przecież na mnie. Bywałem przecież u was.

Tichonow spojrzał na Wierę i uśmiechnął się tak boleśnie, że mi serce przeszył żal i litość nad nim.

Podszedłem do niego, objąłem go i rzekłem:

— No... wszystkiego dobrego wam. Wasyli... wszystkiego dobrego.

— Jej życzcie — rzekł głucho.

— Myśmy już sobie życzyli — powiedziała Wiera.

Rozmawialiśmy o sprawcach, o układach.

— Zlękli się, psy — rzekł Tichonow. — Warunki? Żadnych warunków, Miszuk. Wy tam twardo stańcie. Za nas stójcie mocno... My nie chcemy żadnych warunków. Nam się nie śpieszy. Póki nie sczezną oni wszyscy, nie ma o czym mówić.

— Za niego i za nią — mówił o Żelabowie i Perowskiej — im śmierć. Oni nie mogą tak zginąć bez zemsty. Gdyby tak nie Wiera, nie wy wszyscy, poszłoby nas ze sto chłopa z siekierami. Niechby oni swoimi jasnymi oczami patrzyli z pomostu. Taras nasz i Sonia, orły nasze, jak my za nich giniemy.

A tak co?