Przywieźli ich na czarnym wozie.

Ludzie stali niemi. Strach pozaciskał gardziele. Ja czapkę zdjąłem, kłaniałem się ich drogim głowom. I co? Tacy ludzie ginęli i było cicho jakby nic. Psi naród, co to znosi. Rozradowałoby się Tarasowe serce, jakby widział, że my koło niego wałem legli.

Warunki, Miszuk. Powiedz im nasze warunki: oni wszyscy precz, precz z Rosji.

Powiedziałem mu, o co chodzi. Uda się może Czernyszewskiego wydostać z ich rąk.

— To my go przecież swoimi pazurami spod śniegu, z mogiły wykopiemy. Jedź, Miszuk, niech on wraca, niech podyszy powietrzem naszym, miłością naszą serdeczną.

Rozstawałem się z nimi z ciężkim sercem. Wiera długo, długo ściskała mnie, gdym wychodził. Tichonow szedł za mną.

— Pora żegnać się — powiedziałem — razem niebezpiecznie iść dłużej.

— Należy mi się w twarz plunąć, Miszuk — powiedział Tichonow — zgubiłem ją. I nie ma na to innej rady. Prosiłem ją wczoraj: „Idź, Wiera. Dusza twoja mnie nie znosi”. Nie. Siedzi. Płacze. Siebie zgubiła... Zgubiłem ją ja — podły człowiek. W twarz mi napluj...

— Daj spokój, Wasyli — powiedziałem. — Nikt nie winien. Sam odejdź, jeżeli tak czujesz.

— Serce płacze — rzekł posępnie Tichonow. — Serce z nią rozstać się nie może.