W Paryżu dostałem w dwa dni po przybyciu list Kuźniecowa. Wiera i Tichonow odebrali sobie życie nad ranem tej samej nocy, której rozstałem się z nimi.

Tichonrawow poczerniał, usłyszawszy o tym. Jego trudno mi było poznać. Trawiła go wewnętrzna jakaś męka, przez krótki czas naszego rozstania postarzał się o dziesiątek lat chyba.

Podczas naszych spotkań z dygnitarzami reprezentującymi rząd imponował mi on swoim dyplomatycznym, ultraangielskim spokojem. Żadne mocarstwo nie mogło mieć bardziej dystyngowanego ambasadora.

We mnie hrabia S. wywoływał uczucie głębokiej odrazy. Piękna i wytworna jego postać mówiła o tym wyszukanym szacunku, jakim otaczał on i z jakim pielęgnował swoją własną osobę. Ręka, paznokieć, broda, kolor skóry, wszystko to mówiło o nieustannym, drobiazgowym, pieczołowitym kulcie własnego ciała i zdrowia. Każde zdanie przez niego wypowiedziane było zaokrąglone, wycyzelowane, wyszlifowane jak długie paznokcie jego rąk. Pachniał on wewnętrznie i zewnętrznie. Duszę musiał on przekładać saszetami690, jak bieliznę, od czasu do czasu wyjmował on złotą tabakierkę i żuł jakieś pastylki — dla dezynfekcji — jak mówił.

Nas traktował on z uprzedzającą grzecznością.

— Przede wszystkim jesteśmy dżentelmenami — mówił.

Było coś fantastycznego w tym spokoju, z jakim ten dworski dygnitarz omawiał z nami warunki bezpieczeństwa osobistego cara Aleksandra III.

Od razu było umówione, że Czernyszewski będzie przewieziony do europejskiej Rosji, że mu wolno będzie zamieszkać w rodzinnym mieście Saratowie.

— Za co skazany został Czernyszewski? — pytałem po skończonej rozmowie któregoś dnia.

— Trzeba było uspokoić szlachtę — powiedział hrabia S. i połknął dezynfekującą pastylkę. — Znałem — powiedział — jego pisma. Był to człowiek zadziwiająco inteligentny. I dystyngowany — dokończył. — Dystyngowany po swojemu, oczywiście. To już nie to, co Hercen, Bakunin. Jaka szkoda, że on nie wyjechał za granicę...