Widzę tylko mogiłę.
I nagle widzę, że ona drży i kamienie usuwają się, wysuwa się przez szczelinę ręka, chwyta kamienie, ziemię i ciska, ciska. Ręka co chwila chwyta nową garść ziemi i rzuca ją, wali się na nią mogiła.
Czuję, że krzyczę, i budzę się zlany potem. Nie poznaję zrazu swojej celi: patrzę naokoło siebie osłupiałym wzrokiem. Serce wali jak młot.
Długa chwila przechodzi, nareszcie rozumiem, że stukanie, które słyszę, pochodzi z sąsiedniej celi.
To stuka Myszkin.
Tu z nim spotkaliśmy się po tylu latach.
Wstaję i podchodzę do ściany.
Myszkin stuka:
— Co ci? Krzyczałeś.
Odpowiadam: