Idę z kosą w ręku przez ścieżynkę polną. Jest wieczór, idę bosy i czuję wilgotną, miękką trawę pod stopami i sprawia mi to rozkosz, idę i nie myślę o niczym.

Przypomnieć sobie tylko usiłuję, skąd wziąłem kosę.

I teraz widzę, że idę nie sam. Idzie koło mnie kobieta w chustce na głowie. Idzie i śpiewa coś.

Słyszę słowa piosenki, które wydają mi się nowe:

Usta moje płoną tak jak maki.

Marzenia błękitne jak len,

Koniec myśli zawsze jednaki —

Śmierć kosą zetnie jak sen.

— To przecież nie ona śpiewa — to jest wiersz Sablina.

— A Sablin gdzie? — pyta kobieta i nie podnosi twarzy.