Nie mogę sobie przypomnieć, gdzie jest Sablin. Nie wiem nawet, kto on jest. Na próżno usiłuję sobie przypomnieć go.

I nagle widzę, idzie naprzeciwko mnie ktoś: idzie i słońce zachodzące świeci mu prosto w twarz. Twarzy tej nie mogę poznać, bo płonie tak w świetle, że jej blask razi oczy.

— To jest Sablin — mówi kobieta.

Ale człowiek przechodzi koło mnie, uśmiecha się i kiwa głową.

— Przecież to jest Wroński — myślę.

A Wroński odwraca głowę i mówi:

— Kuźniecow odwrócił czas.

— Ja tu czekam na Sablina — odpowiadam — mam mu oddać jego wiersz.

— Umarli nie potrzebują wierszy — mówi Wroński.

Przypominam sobie, że nie chciałem o tym wszystkim myśleć.