— To nie ma żadnego sensu — mówił.
Słyszałem, jak Myszkin odpowiedział.
— Nie mieliście odwagi zabić nas otwarcie i trzymacie nas tu, byśmy zginęli powoli. Tu nie ma mowy o sensie, myśli i prawie. Nie mamy wspólnego języka. Kat nawet jest bliższy nam niż wy.
— Prawo — próbował mówić wojskowy, ale więzienie huczało gniewem i szyderstwem.
— Nie ma żadnego prawa, jesteście najpodlejsi z morderców.
Znowu płynął czas. Czas bezbarwny i pusty.
Siewierow błąkał się po przestworach niewidzialnych i niezmierzonych, odpoczywał w doskonałym cieniu myśli.
Mnie męczyły zmory znów i straszniejsza od mar wyśnionych rzeczywistość.
Były chwile, kiedy starałem się przypomnieć rysy Oli albo Katii, rysy przyjaciół — i nie mogłem.
Natomiast wyrysowały się bardzo dobitnie profile Arona Vogla, jakiegoś żandarma, obojętnego przechodnia, widzianego gdzieś w tramwaju lub na ulicy.