Innymi dniami stali mi przed oczyma wszyscy. Co więcej, nie miałem nad nimi władzy. Poruszały się te cienie w myśl jakiejś ukrytej przede mną logiki psychicznej i to ich życie stawało się subtelnym narzędziem udręczeń.

Ola zazierała mi w oczy i pytała się nagle:

— Czy oni bili Sołowjewa po twarzy, czy bili po twarzy szlachetnej i świętej swoimi potwornymi rękami?

I widziałem, jak podskakiwał, pieniąc się i sapiąc, Aron Vogel, chcąc dostać swymi piegowatymi rękami, niezgrabnie zwisającymi z krótkich rękawów surduta i poplamionych mankietów — twarzy Sołowjewa. Odwracałem oczy i widziałem wciąż ten sam obraz.

Słyszałem godzinami trzask kości Katii pod kołami armaty, ohydny dźwięk kopyt końskich miażdżących ciała i pogrążających się w krwawej masie.

W oczach rozrastał się ten świat.

Starałem się nie myśleć o niczym.

Śniło mi się, że leżę w swojej celi, leżę bez ruchu z przymkniętymi oczami.

Nagle otwierają się drzwi i wchodzi, a raczej wsuwa się jakaś skulona figura.

Długi czas nie mogłem poznać i przypomnieć sobie, kto to jest.