Figura przysunęła się do samego mojego łóżka. Szła, jakby czołgając się. Starałem się jej nie widzieć. Wiedziałem, że musi być straszna.

Siadła ona koło łóżka w kącie, zaczęła węszyć, wciągając powietrze, i później położyła mi na piersi miękkie, mackowate ręce i opierając się na nich, wdrapała się na łóżko. Głowa jej opadła na ręce i sunęła dziwnie powoli ku mojej twarzy.

Teraz widziałem: był to Schultz.

Tylko dziwnie zmieniony, przeobrażony w coś groźnego. Odraza i obrzydzenie były w tej głowie, która węsząc, sunęła się po mojej piersi.

Wreszcie dopełzła do szyi i czułem, że zapuszcza zęby w krtań.

— Sen — pomyślałem i zbudziłem się.

Na korytarzu wołał czyjś głos:

— Żegnajcie, towarzysze, prowadzą mnie zabijać.

Nie mogłem się poruszyć ani wymówić słowa.

Słyszałem, jak tylko Siewierow odpowiedział: