Z drzewami tylko żyję w zgodzie i cieszę się, kiedy im się wiedzie dobrze.

Tu przede mną z czarnego, spróchniałego pnia wystrzeliły nowe gałązki. Rosną, wypuszczają świeże liście: tak jak myśli we mnie.

Siedzę otoczony kartkami, którem pisał: biorę je do ręki i przerzucam.

Nie poznaję ich, jak nie poznają drzewa liści swoich. Chciałbym, aby wiosna ta, która rozkwita naokoło mnie, była ostatnia. Myślę o śmierci cicho i spokojnie, jak o oddanym, dobrym towarzyszu. Chciałbym, aby zastała mnie tu pośród drzew — nie w pokoju.

Łudzę się czasem, że dość jest tu siąść i czekać bez ruchu: ona przyjdzie grabową aleją.

Ale od strony życia nigdy nikt do mnie nie idzie. Nigdy nie idzie i nie przyjdzie do mnie nikt.

Pisma przychodzą co rano.

Co rano mówią mi to samo, co wiem. Z wolna, z wolna człowiek uczy się rozumieć, że nie ma nikogo i niczego prócz siebie, że własnymi tylko rozporządza siłami i uczy się je cenić. Z wolna wyrasta ponad wszystkie inne potęgi — ta jedyna rzeczywista: człowiek pracujący.

Lubię słuchać dźwięku młotów, kujących w naszej kuźni.

Coś wesołego, twardego jak życie, radosnego jak zwycięstwo, marzy mi się wtedy.