Klapa. A więc nowa torpeda. Szept tragiczny, tajemniczy szept. Kamiński481 był już reżyserem, Kamiński, Kamiński... Potem... wiadomo. Kamiński odjedzie, ale w pozycji pana Śliwińskiego zostanie szczerba. Łatwiej będzie ugryźć...

Na jedną chwileczkę bądźmy poważni.

Że Teatr Rozmaitości nie jest przy obecnej reżyserii ani świątynią sztuki, ani szkołą, ani placówką kultury artystycznej, o tym wiemy. Ale że za dawniejszych kierowników było gorzej, gorzej! to wiemy jeszcze lepiej. Pan Śliwiński to bądź co bądź: Przybyszewski, Kisielewski482, Kawecki483, Feldman484, Szukiewicz485, Zapolska486 na scenie. Projektowany triumwirat487 to królowanie Sardou488, Ohnetów489, Lubowskich490, Grabowskich491 et comme de raison492 — Palińskich. I tak dalej. Pan Śliwiński nie reprezentuje kultury artystycznej, ale reprezentuje średnią, kochającą teatr. W triumwiracie zaś projektowanym pan Rapacki jeden reprezentowałby sztukę, ale dawnej szkoły i przez pryzmat własnych ról widzianą, pan Rabski — klikę, a pan Paliński — grafomanię. Panu Śliwińskiemu można stawiać poważne zarzuty: nieuwzględnianie repertuaru klasycznego, cudzoziemskiego, naszego (szczególniej w ostatnich czasach), zły wybór sztuk tłumaczonych (ale przecież publiczność zapełnia teatr na Publicznych Tajemnicach), brak zespołów i stylu w obsadzie sztuk. Pan Ładnowski493 grający razem z panią Siemaszkową494 to tak jak gdyby Kasprowicz przeplatany Woroniczem495! Ale niektóre z tych wad są do usunięcia, a przynajmniej byłyby do usunięcia, gdyby artyści warszawskiej sceny szczerzej kochali sztukę, a prasa nie przeszkadzała im, lecz pomagała w pracy dla niej; inne spotęgowałyby się niepomiernie, gdyby miejsce pana Śliwińskiego zajął ktokolwiek z będących dziś na porządku dziennym kandydatów. Rozmaitości muszą liczyć się z publicznością i jej stopniem — grzecznie mówiąc — kultury, obniżanej nieustannie przez prasę. Poziom artystyczny Rozmaitości podnieść można jedynie przez podniesienie poziomu kultury publiczności. Tej zaś roli wychowawczej Teatr Rozmaitości dla wielu względów podjąć się nie może. Tu trzeba czegoś o wiele lotniejszego, niezależniejszego. Warszawa potrzebuje teatru o wysokim artystycznym poziomie, teatru mającego na celu tylko sztukę. Ten zaś stworzyć może tylko inicjatywa osobista jednostek bezpośrednio zainteresowanych, to jest dramaturgów i artystów, istotnie sztukę kochających...

Powiedzą mi: mrzonki! Ale przecież energią jednostek powstała Szkoła Sztuk Pięknych496.

A tymczasem wieczne wyrzekanie na pana Śliwińskiego jest aż nazbyt jałowe i łatwe.


...Pod wpływem nieustannych pogłosek, plotek, zaprzeczeń, potwierdzeń, odwołań miałem jednej z ostatnich nocy sen, dziwaczny, pogmatwany i rozkiełznanie497 ironiczny... Śniło mi się, że pan Śliwiński rozpisał ankietę, a raczej chodził z nią sam po osobach kompetentnych i wpływowych. Chodził i pytał: co robić? Czym ma być Teatr Rozmaitości?

Był u Sienkiewicza. Ale ten zatrzasnął drzwi i nie chciał mówić.

— Dosyć, już dosyć. Nie mówię o teatrze.

Był u pana Rabskiego. Ten milczał długo, w końcu rzekł: