— A ja twierdzę — zaperzył się, wymachując rękoma i ukazując chałupy wiosek omijanych przez nasz pociąg — że w takich norach nie chciałaby mieszkać żadna amerykańska świnia, chociażby ją co tydzień pędzono na kazanie księdza dobrodzieja.
Siedzący obok księdza obywatel ziemski z Podola parsknął śmiechem; od dłuższej już chwili można było zauważyć, że ma on zamiar porodzić dowcip, koncept570, dykteryjkę571, wyczytaną w Ramotach i ramotkach Wilkońskiego572 lub w „Kolcach”573 sprzed lat trzydziestu, i w ten sposób zapoznać nas z ziemiańską twórczością, i dowieść, że większa własność polska reprezentuje na kresach interesy polskiej kultury (granice nie tylko terytorialne, lecz i umysłowe sprzed roku 1772). Pikowa kamizelka obywatela falowała rozkosznie, co wyglądało, jak gdyby się śmiał sam do siebie brzuchem.
Wyraz „brzuchośmiech” polecam uwadze „Chimery” Miriama i innych S.A.M.574 Można mówić na przykład, że Fredro575 miał „brzuchośmiech naiwnie bytostwierdzający”, a Zabłocki576 miał śmiech racjonalistycznie oschły bezbrzusznego mózgu, że Molière’a577 mózg ze światem kłócił, a brzuch godził, że Fredro śmiał się górną, a Arystofanes578 — dolną częścią brzucha; brzuchośmiech zenitowo-trawienny i nadirowo-seksualny579, wszystko to z rozdziału: „Brzuch, śmiech i puchlina. Przyczynki do metafizyki płaskiego konceptu580”).
Wreszcie obywatel przerwał swój monolog brzuchowy i rzekł:
— A ja co dzień, wieczorem, idąc spać, modlę się: „Zrób mnie ty, Panie Boże, ekonomską świnią”.
Było to tak nieoczekiwane, żeśmy się wszyscy roześmieli, zapominając o rozpoczętym sporze. Obywatel zaś, wyładowawszy nadmiar wesołości, podrechotując od czasu do czasu, zaczął wykładać o szczęśliwości, jakiej zażywa na koszt dziedzica i z jego jawną krzywdą — ekonomska świnia.
— I co oni tam gadali w tej Dumie, panie, to zaraz znać książkowych ludzi — teorie przy zielonym suknie powymyślane — wywłaszczyć, wywłaszczyć, chłopom oddać, a o tym zapomnieli, że wtedy już chłop ciągle będzie musiał swoje tylko i sam jeść, i bydłu dać. „Semen — pytam ja raz — możesz ty bydło w szkodę nie wpędzać?” — „Ne możu, pane, zowsim bez toho ne może buty...”581 — a oto i głos ludu. Chłop, panie, i jego bydło z dziedzicowego żyje, dziedzic, panie, to jest jak mamka, swoją piersią, panie, wszystko karmi. „Ziemia rodzi” — mówią. — Nie ziemia, ale dziedzic... Gdzież, ja się panów pytam, chłop wypasać będzie koniczynę albo i pszenicę, jak dziedzicowego nie stanie? Swoje?! Toć on prędzej z głodu umrze, niż swoje ruszy... Chłop bez wypędzenia w szkodę żyć nie może — taka już jego natura — a tu raptem wszystko swoje — wtedy on bydło zamorzy, sam się powiesi. Ja nawet taki rysunek zrobiłem, bezpretensjonalny, panie — swojska sztuka — chłop się powiesił na suchej wierzbie, chude, wyschłe krowy chodzą jak szkielety z wysuniętymi, poczerniałymi z głodu językami, łzy obcierają, a na boku siedzi dziedzic i wyschłą, wyschłą, panie, piersią, tak jak pelikan, chłopskie dzieci karmi. Tak — zarzucono mi wprawdzie, żem dziedzica z piersią kobiecą wymalował — alem nie odstąpił — symbolizm, panie. — Wolno Böcklinowi582 malować tam, panie, utopionego centaura, dlaczego nie może być dziedzic z wyschłą piersią mamki... Tak, panie — namalowałem, panie, własną ręką — teraz trzeba walczyć na rozumy... Nic, tylko obraz! — W ramy i do młodszego pana Hurki583 z wdzięcznego serca — i tom tylko napisał: znać po panu krew polską, szlachecką... Tak, on jeden i pan Skirmunt584 nas ratowali, a z piszących to chyba tylko pan Grabski585 (brzydkie, panie, nazwisko — przysłowie takie jest: spisał się jak Grabski w tańcu...) i ten, panie, drugi... jakże mu tam... Rosenzweig586. — Niedobrze też, że nazwisko jakby żydowskie; myślę, panie, czyby do rodziny go nie przyjąć i do herbu — Dudek na śmieciach, panie — stare szlacheckie godło... Tylko że trudności, panie, trudności, a o heroldii587 oni w tej Dumie całkiem zapomnieli. A pan Rosenzweig jest wielki myśliciel, ale i on jeszcze przesądom hołduje — i on jeszcze coś o pracy, o wydajności gleby bąka... Nie gleba, nie praca, tylko dziedzic. Z nas, panie, wszystko! nas ssie rząd i miasto, i handel, i kredyt, i chłop, panie, chłop! Po ekonomskiej świni — chłop jest na wsi dziś najbardziej uprzywilejowane stworzenie. — I cóż teraz, pytam ja się panów, będzie, jak dziedzica nie będzie, pelikana tego, krwią swą serdeczną wszystkich żywiącego? — Twarz naszego obywatela zmarszczyła się od wielkiego wysiłku i poczerwieniała tak, że stała się całkiem podobna do faszerowanego pomidora poruszającego groźnie wąsami. — Nic nie będzie, głód i nędza; pomarnieje to wszystko jak świeżo wyłupione, nieopierzone pisklęta, którym matkę zabito. Nietrudno zniszczyć, urodzić trudno. Ja to, panie, wiem — my to wiemy. Ekonomską świnią trzeba było mi się urodzić, nie dziedzicem.
Słuchając tego monologu, dojeżdżaliśmy do Krakowa.
Na drugi dzień wyszedłem już na planty588 w tym specjalnym nastroju, który krakowskim nazwać by można. Idealiści widzą wpływ historii w tym głębokim przeświadczeniu, jakie z wolna, a nieustannie i niedostrzegalnie, wcieka w człowieka i przekonywa589 go, a raczej zmusza czuć, że wszystko, co się tu dzieje, dziać może, nie jest istotne, że ludzie żyją sobie tu ot tak, na niby. Na niby się współczuje Warszawie, na niby tworzy się metafizykę, na niby czci się Kościuszkę. Wszystko, co się dzieje naokoło, jest pewnym rodzajem nudnego snu.
Kraków wywołuje zawsze przedziwne skojarzenie w wyobraźni mojej, obraz: na wpół wspomnienie, na wpół uplastycznione poczucie nudy i ociężałości. Zgniły ciąg od Rudawy i Wisły, odór pleśni, pajęczyna na myślach i słowach ludzi, wszystko to razem splata się i kojarzy. Przybyszewski nazwał to malarią, Wyspiański wyczuł ten trupi charakter ludzi i skojarzywszy go z historycznością, śni w Krakowie swoje własne życie niby w sarkofagu. Czy zresztą można tu mówić o życiu jeszcze?