Widziałem kiedyś w Warszawie przytułek nieuleczalnych staruszek — siedziały nabrzękłe, to znów jak szkielety chude; sztywniejącymi rękami darły pierze, oczy ich były szkliste, a raczej zagasłe, zmętniałe i nieruchome. Siedziały rzędem, milcząc. Ten obraz przesuwa mi się, gdy myślę o Krakowie. Staruchy siedzą, nie widząc pracy, jaką wykonują ich palce. Najfantastyczniejszym przedmiotem wydaje mi się w tym wszystkim gęsie pierze. — Staruchy, różaniec — to wszystko w porządku rzeczy. Siostra wygląda woskowo, lecz jest tłusta, zrozumiałe — są przecież staruchy i ich trupio automatycznie poruszające się palce... ale skąd pierze? Na kim porasta ono w tej trupiarni?

Galicja nie jest krajem, to jest szpital. Z chorych żyją: lekarze, felczery590, intendentura591, ale gdzieś musi to mieć swój początek. Początku jednak tego dostrzec niepodobna...

A prawda, są jeszcze karawaniarze, trumniarze i inne gałęzie przemysłu.

Umarli w dziejach cywilizowanych bywają wcale niezłym przedmiotem eksploatacji, a w Galicji — jak polemika w sprawie pluralności wykazała — robotnik ponad lat 30 jest rzadkością. Nawiasem mówiąc, czy nie jest to dowodem krańcowej arogancji ze strony ludzi, którzy żyją tak krótko, których nawet obywatelami nazwać niepodobna, ale tak sobie „przechodniami”, że śmią żądać praw głosowania na równi z ludźmi, co na tym padole przeżyć mają lat 70–80, ale tak to już dzieje się. Prawda ma słuszność. Socjalizm592 nie jest niczym rdzennie demokratycznym. Bo skąd by na przykład mogło zjawić się w klasie robotniczej pojęcie o życiu dłuższym nad lat 30, skoro nie leży to w jej zwyczajach?

Powracając jednak do Krakowa, to najnaturalniejszym wydaje mi się przypuścić, że śmiertelność proletariatu służy za podstawę jego materialnego istnienia. Bo proszę tylko pomyśleć, kto żyje ze śmierci — grabarz, trumniarz, ksiądz, organista, szarytka593 et caetera, et caetera. Karol Gide594 w swoim wspaniałym i głęboko przemyślanym traktacie o ekonomii politycznej pisze o zamienności i równoważeniu się potrzeb. Tak na przykład kawa jest zbyt droga, więc kupujemy sobie kalosze, które potaniały, albo drożyzna mięsa przyczynia się do popytu na trumny, ba, na krzyże, a nawet nagrobki, widzicie więc, że istnieje solidarność między rzeźnikiem, hodowcą, obszarnikiem a rzeźbiarzem na przykład, który dostarcza tanich, szczególniej tanich nagrobków, płyt et ceatera.

Sama zaś koncepcja Krakowa jako miasta ze śmierci żyjącego posiada w sobie wiele groźnej, ale majestatycznej poezji, całkiem w nowoczesnym — dajmy na to — Micińskiego stylu.

Mógł pisać Norwid o Egipcie: „Między mumią i Sfinksem naród wychowany” — dlaczegoż by rzec nie można: między księdzem a trumną?

Tak myśląc i układając już poemat, dramat, epopeję, zbiór liryków Wrotyszcze śmierci595 albo Królowa śmierci, albo Dzwon nicości, siadłem do tramwaju.

Naprzeciwko mnie siedział pan bardzo chudy, o żółto-sinej cerze, cienkich nogach, lnianym zaroście i bladoniebieskich oczach. Był podobny do wygotowanego kangura. Było rzeczą jasną, że jest to els596. I jakoż po krótkiej chwili zaczął on zwalczać prostytucję.

Słuchało go parę istot, tak szczelnie w zakopiańskie peleryny zawiniętych, że niepodobna było je pod względem płci zaklasyfikować. W każdym razie były tak brzydkie, że ze względów estetycznych należało przyklasnąć ich konsekwentnej i wytrwałej czworakiej wstrzemięźliwości.