— Więc pan — odezwała się istota w pelerynie — stoi na grubo empirycznym stanowisku bojaźni śmierci. Dla pana gruźlica jest chorobą... O, jest nią ona dla ciała, ale czym są dla ducha choroby, skąd pan wie, na co duchowi potrzebna jest gruźlica, w jakie on pod jej wpływem stroi się pióra? A choćby śmierć. Pytam się pana, co jest ważniejsze: ciało czy duch? Uczynki nasze są przecież tylko siłą przez to, że poruszają duchowe kolumny... Kto wie, gdyby cały nasz naród miał odwagę umrzeć, umrzeć tak, jak oblubienica w dzień weselny...

— Tak, ale materializm — rzekł els. — On przeszkadza. Mówią nam, że my nie widzim599 czasu, że wypadki przechodzą nad nami niepostrzeżone. O, nie, my ich nie chcemy widzieć. Polska, niby sen srebrny, leży w czarnej trumnie. I niosą ją, i pędzą fale krwawe... Tak, ja sądzę, że póki lud nasz nie zrozumie, że śmierć jest mocą, póki na świecie zmiennym będzie zakładał nadzieję...

— Tak — rzekła druga z istot w pelerynie — ja myślę, że Baumfeld600, kiedy o odrodzeniu natury mówi, nie wyciąga ostatecznego wniosku, bo on myśli, że to się dzieje tu przez wolę wszystko, a najpierw trzeba umrzeć, a później dopiero...

— Główna rzecz, że trzeba teren walki przenieść poza grób...

— I to jest — powiedział els — najohydniejsze w socjalistach, że oni profanują samą śmierć, oni umierają dla ziemi.

— Tak, Szczepanowski601 to już przewidział, kiedy mówił, że oni żądają błota, to jest użycia dla wszystkich.

— A jeszcze lepiej powiedział to Miciński, odsyłając ich do wedyckiej602 mądrości o jaźni.

Wysiadłem. Pilno było mi zobaczyć mojego przyjaciela; jego oschły darwinizm był dla mnie teraz niezbędnym antidotum.

Zastałem go przemierzającym wielkimi krokami swój mały pokoik — przed nim siedział sobowtór Elsa.

Przyjaciel mój mówił: