GUSTAW — A zresztą przychodzi mi na myśl, że ja przecie wcale nie powiedziałem tego inkryminowanego zdania od siebie, powiedziałem, że „napiszą w gazecie” — dosyć.

JA — Otóż to jest szczyt ohydy, bo teraz chcesz mnie zgnębić zlekceważając termin „geniusz”, którego nie tylko użyłeś podświadomie, aby mnie zranić — i zraniłeś, tylko nie tym, czym chciałeś, tylko tym faktem, że ty możesz być takim w stosunku do mnie — ale nawet w cudzysłowie, jakby od gazety, a nie od siebie. I tuś się złapał we własne sidła, bo tym samym przyznajesz się, że użyłeś tego słowa w znaczeniu jawnie humorystycznym, aby ośmieszyć wobec panny Ludwiki poważnego zresztą faceta, czyli snardza, którego naprawdę za geniusza byś mieć nigdy nie mógł; nawet gdybym nim naprawdę był, to nie byłbym nim dla ciebie jako dla mego przyjaciela.

GUSTAW — Teraz ja cię mam. A jednak masz ten problem naprawdę. Mimo pozorów jesteś megalomanem.

A — Powiedz jeszcze: blagierem i pozerem, a będzie seria epitetów, które nadają mi moi wrogowie spod ciemnej gwiazdy. Ale tego ty nie potrafisz, nawet ty...

GUSTAW — Co za niesprawiedliwość itd., itd.

Oto typ tego rodzaju rozmówek, które doprowadzają do rozpaczy. Ale jeśli się je z uporem przeprowadzi do końca i odkryje przez to hodowcy jego całą ohydę, to o ile jest on uczciwym człowiekiem, musi się wśród potwornych mąk samobiczowania poprawić. Niestety niewielu bardzo ma na tego rodzaju procedery czas i ochotę. Przeważnie ludzie te rzeczy załatwiają tak, że taplają się w bagnie najohydniejszych wzajemnych podświadomych odwartościowań i zadowoleń najniższych pożądań: wywyższania się kosztem drugich. Powtarzam, problemy te ważne są we wszystkich warstwach umysłowych i w każdym ustroju. Rozwiązanie ich, które jest kwestią dalekiej przyszłości, uwolni ludzkość od potwornego w swych rozmiarach, a zupełnie nieuświadomionego procesu samozatruwania się, który nie tylko zagwazdruje teraźniejszość, ale wisi jak zmora nad całą przyszłością. Drobne kątowe różnice szybkości urastają do kolosalnych rozmiarów przy odpowiednim przedłużeniu promieni. Tak samo jest z tymi zagadnieniami, jak i np. z problemem radia, które oprócz swych dodatnich efektów przyczynia się nie tylko do upadku samej muzyki, ale też do doszczętnego ogłupienia i zatłamszenia wszelkich wyższych aspiracji duchowych u większości tzw. niesłusznie inteligencji, tj. tzw. właściwie „surdutowców”, tzn. poprzebieranych cudacznie nieszczęsnych zwierzątek.

Pozycje węzłowiskowiczów-upośledzeniowców świetnie są bronione137. Nie każdy chce się narażać na klęskę, nie mając odpowiednich środków walki (ale zaznaczyć trzeba, że pierwszym warunkiem zwycięstwa jest absolutna szczerość, jakkolwiek bez odpowiedniej znajomości psychologii, freudyzmu i bez pewnej umiarkowanej dialektyki nic sama tu nie wskóra) łatwo może usłyszeć, że jest pesymistą w stosunku do ludzi, że ludzie wcale nie są tak źli, że chyba musiał doznać wielu krzywd (zwłaszcza od kobiet) i dlatego jest taki podejrzliwy, że jest małostkowy (w przeciwieństwie do dużostkowości kompleksowicza!) lub że jest wręcz obłąkany. To wszystko nie jest do wysłuchania przyjemne i obrona, jak to widać z naszkicowanej tu mojej rozmowy z Gustawem, nie jest łatwa. O ile po pewnym okresie oporu nie nastąpi nagle znaczna poprawa, trzeba przyjść do wniosku, że ma się do czynienia z „zimnym draniem” i zostawić gościa na lodzie.

Otoczenie myśli sobie: jeśli taki snardz jest tak jadowity i złośliwy, to cóż to muszą być na to za podstawy, a tymczasem często nic tam nie ma prócz jadowitej pustki i pretensji do „bytu w ogóle” i do losu138. A propos szczerości mała dygresja: nie zawsze źle zrozumiana szczerość jest czynnikiem dodatnim (przeważnie zresztą ludzie naprawdę szczerzy, np. ja, uważani są długie lata czasem za blagierów i pozerów — tę prawdę zawdzięczam Tomaszowi Zanowi, ale długo jej nie rozumiałem istotnie). Weźmy np. krytyki Słonimskiego, który zionie wprost niewygranym kompleksem niższości, o czym raz już publicznie wspomniałem139. Kiedyś mówiąc o Słonimskim z jedną z „dam hufcowych” „Skamandra” wyraziłem się o nim źle jako o krytyku, zarzucając mu brak subtelnego wartościowania i pewną stronniczość w ocenach, np. w stosunku do sztuk: Andrzeja Rybickiego i mojej (mniejsza z tym — kwestia ta nie jest ważna jako taka) — pani owa odpowiedziała, usprawiedliwiając go: „On jest za to zupełnie szczery”. Otóż szczerość absolutna jest tu nie na miejscu. Nie ma człowieka, który by na widok czyjegoś względnie morowego wyczynu nie doznał lekkiego choćby speszenia, objawiającego się przemknięciem charakterystycznego „cienia zawiści” po dokładnie choćby zamaskowanej twarzy, mordzie czy pysku. Nawet ja, którego czynami i sądami nigdy nie kieruje zawiść, doznaję tego wrażenia. Jeśli nagle jakiś snardz, który dotąd żył sobie skromnie, powie mi: „Wiesz — zostałem profesorem konserwatorium w Valparaiso”, to „mimo woli” skurczy mi się gdzieś jakiś bebeszek i cień przemknie mi gdzieś tu między oczami a czołem, koło brwi i nad powiekami. Mimo to nie zacznę wtedy ganić jego kompozycji, które mi się przedtem podobały, i nie zacznę bez powodu opowiadać o nim, że jest draniem, mimo że dotąd uważałem go za uczciwego snardza. O to tylko chodzi: nikt nie jest wolny od takich odruchów, ale nie mogą one wpływać na nasze sądy, stosunek do danych ludzi i czyny. Otóż czasem trzeba nie być szczerym, o ile właśnie można się obawiać, że czyny dane mogą mieć wymienioną pobudkę. To nie jest wtedy nieszczerość, tylko zbadanie dokładne podstaw danego swego sądu. Szczera byłaby np. taka niepoddana analizie krytyka, gdyby autor oświadczył przed ujęciem jej w nawias: „Teraz będę mówił, co mi ślina do gęby przyniesie, nie licząc się z tym, czy sąd mój dyktowany jest zawiścią, czy też istotnie negatywnymi walorami krytykowanej rzeczy”. Wtedy można sobie pozwolić na wszystko, nawet na robienie pipi na głowę — będziemy wiedzieli, co to znaczy. Ale nie można rzygać na kogoś z zawiści, podając to za sąd tzw. „obiektywny” o „artystycznej stronie rzeczy”. Tyle wiedzą nasi krytycy o owej artystycznej stronie, ile ja o własnościach rolniczych patagońskiego guana. Słonimski jest średnio wartościowy jako tępiciel tandety, która cokolwiek inteligentniejszemu snardzowi do oczu wprost swą tandetnością skacze, ale nie można powiedzieć, żeby miał „eine Hand für die Nuancen140. Jako „niezanalizowany” może łatwo kiksa zrobić, np. krytykuje ostro bardzo Kiedrzyńskiego, od którego w swej twórczości scenicznej (nie poetyckiej, której jestem poniekąd, z pewnymi ograniczeniami, wielbicielem) mało co się różni, a jednocześnie rżnie z życiowego punktu widzenia rzeczy, które wymagałyby bardziej reaktywnie zniuansowanych aparatów odbiorczych, a nade wszystko jakiegoś choćby rudymentarnego systemu pojęć oceny. Oczywiście właściwości czyjeś poznajemy lepiej i dokładniej, jeśli o naszą skórę chodzi. Ale u mnie czynnik osobisty przez stałą tresurę od wielu lat i przez psychoanalizę zrobioną przez dr de Beaurain jest usunięty nieomal całkowicie: jestem w stanie na równi bronić wroga przed niesprawiedliwością, jak pożreć się tak z najlepszym przyjacielem, że tylko kości ogonowe zostaną, jako już zupełne „inmandżjabilia”. Dlatego posądzanie mnie, że wskutek ostrej krytyki mogę się czuć dotknięty i zmieniać sąd, jest zupełnie niesłuszne, a nawet nieładne141.

Postęp w kierunku, o którym mówię, może się odbyć wtedy, jeśli np. na tle istotnego zrozumienia tej mojej książki wszyscy do wszystkich ostro się zabiorą i wzajemnie gruntownie wyczyszczą. Niedawno widziałem się ze snardzem, który przez dwa lata po świńsku ze mną postępował, nie chciał tego uznać, kłamał przed sobą, wymyślał na Freuda i w ogóle stawiał opór jak mrówkojad przyparty do muru. Dziś jest wielbicielem Freuda, któremu (pośrednio też mnie) nowe życie zawdzięcza, już się nie opiera, już jest na drodze do doskonałości (prawdziwej, a nie zakłamanej pod maską teozofii czy innej pseudoreligijnej bzdury142); odbył spowiedź generalną, przyznał się do wszystkich świństewek (przezwyciężania mnie, z powodu braku odpowiednich narzędzi do walki pojęciowej, środkami nieszlachetnymi — metoda stosowana zresztą ogólnie) i teraz jest wzorem prawości w stosunkach z ludźmi w ogóle, a nie tylko ze mną. Sam człowiek wyczyścić się nie potrafi — ktoś coś niecoś uświadomiony musi mu w tym pomóc. Książka niniejsza ma służyć dla zainicjowania takiego „łańcucha”, bez wątpienia potrzebniejszego i pożyteczniejszego niż owe łańcuchy skupiające myśli na określone daty lub prowadzące do innych wypinań się w nicość, pod pozorami bardzo „wysokich” zamierzeń. Ale jednym z głównych warunków powodzenia samoanalizy jest wyzbycie się pychy. Dlatego to np. teozofowie, jako typy par excellence143 pyszałkowate, twierdzące, że oni jedynie posiedli jedyną „wiedzę” (i to tajemną!), nie nadają się zupełnie do tego rodzaju udoskonaleń, mimo że o nich dużo i mętnie lubią gadać, zakłamując się tak, że są w stanie popełniać ordynarnie nieładne czyny (subtelnie psychiczne — o włamaniach i rabunkach w ogóle tu nie mówię) pod maską tajemnych praktyk, mających na celu złączenie się wiernych w niebycie, bez tracenia mimo to osobowości. „Mało i pomału, tako je i w astralu, pane” — jak mówił pewien pseudo-Czech.

Poznałem kiedyś dwoje ludzi głęboko religijnych, którzy w zwykłych swych świadomościach byli pozornie oboje wzorem wszelkich cnót: łagodni, cierpliwi, sumienni pracownicy na jakiejś tam niwce, w miarę inteligentni i nawet względnie wykształceni, na tyle, na ile wiara ich pozwalała im na rozwój umysłowy (o zupełnym nieskrępowaniu filozoficznym mowy być nie mogło); zdawali się tworzyć jakąś wzniosłą dwoistą jedność. Aliści zacząłem podejrzewać, że na ile ona zdawała się być rzeczywistą doskonałością, to w nim na pewno siedział chyba jakiś diabeł. Po dłuższym skrobaniu odnalazłem i w niej elementy, które nie mogły być jej własnego pochodzenia: były to osady na niej, stworzone nieświadomie przez jego podziemnego diabła w celu jej głębszego opanowania. Były chwile, że oczy jego stawały się jakieś strasznawe, jakby człowieka tego pożerała, utajona w normalnym przebiegu dnia, ambicja stworzenia tzw. „rzeczy wielkich”. Szczególniej występowało to w związku z czyimś powodzeniem, z czyimś dokonaniem czegoś wartościowego, z jakimś okazanym komuś uznaniem. Po takich faktach — zaraz lub w jakiś czas potem — następowała zwykle seria niczym nieusprawiedliwionych złośliwości, drobnych chamstewek, uszczypliwości lub ordynarnego wręcz traktowania (mnie lub kogoś innego, który był pod ręką względnie nogą, o ile w robocie było kopanie). Parę razy puściłem rzeczy takie mimo uszu, ale zaczęły one występować tak obficie, że nareszcie nie wytrzymałem i po pewnym czasie zapytałem owego doskonałego chrześcijanina, co on sobie właściwie myśli. Zrobił zdziwioną minę, ale jakby „pod galaretą” — taki rodzaj niewidocznej maski, którą się robi ściągając skórę na głowie ruchem tzw. „strzyżenia uszami”.