biegną w głąb i otwierają wspaniałego Bechsteina.

KRYSTYNA

Panie Istvanie: ja pana naprawdę... Porzuć to budapeszteńskie padło. Przypomnij sobie nasze granie na 4 ręce. Tam, w naszym kochanym, cichym Mordowarze — te nasze wieczory.

ISTVAN

Mało ich było, a wszystkie zatrute tą przeklętą miłością bez wzajemności do ciebie. Wstrząsam się ze wstrętu na samą myśl o tym. Gdybym się był z tobą ożenił, nigdy nie byłbym artystą. Jesteś dla mnie tylko tematem do macabre-menueta, który będzie drugą częścią mojej sonaty, prawdziwej sonaty Belzebuba. Widzę to już wydrukowane w Universal Edition, a poświęcone będzie księciu Ciemności: Dem Geiste der Finsterniss gewidmet19 — tak, jak na sonatach Beethovena, które bawiły mnie, gdy miałem lat siedem.

BALEASTADAR

Dalej, dalej — niech się coś dzieje jeszcze. Wszystko to mało.

ISTVAN

Tak? A więc precz ode mnie, jedyny nędzny wyrzucie sumienia. Niech nic nie śmie mi przypominać tych mordowarskich małostek.

wyjmuje nóż z kieszeni i zarzyna Krystynę.