— Musisz! — wyrzekł po chwili.
— Nie chcę! — krzyknął Ostap rozszalały. — Nie chcę! Wszak jesteś człowiekiem! Czyż nie pojmujesz, że tu idzie także o mego ojca? Czyż nie pojmujesz: skoro tylko wskaże mi sposób otwarcia szafy, stanie się współwinnym1.
Gordon uśmiechnął się.
— Jeżeli nic nie przeszkadza prócz ojca...
— Co? Co chcesz przez to powiedzieć?
Gordon znowu się uśmiechnął.
— Dziwny z ciebie człowiek. Czasem jesteś ostry jak lancet, a potem sentymentalny, miękki i śmieszny jak dziewczynka. Co to właściwie jest — ojciec? Mnie nie omamisz takimi powodami. Masz zapewne na myśli takiego pana, który cię spłodził wbrew swojej własnej i twojej woli. Ha, ha, ha... Wszakże nie prosiłeś go o to, co? Życie przecież nie jest znowu tak nadmierną rozkoszą — he? Zresztą nie mam ochoty do dysput filozoficznych. Musisz to zrobić, i zrobisz! Ależ to śmieszne, ta historia z ojcem!... Co pijesz, herbatę czy grog?
Ostap usiadł i tępo spoglądał ku ziemi.
Milczeli długo.
Gordon palił papierosa i nieustannie patrzył na Ostapa.