Powstał.
— Musisz teraz iść, Botko; doktor lada chwila nadejdzie. A powiedz tym zgłupiałym idiotom w Londynie, temu śmiesznemu komitetowi centralnemu — Gordon śmiał się szyderczo — że plwam na ich organizatorskie pomysły. Powiedz im, że nie chcę nic wiedzieć o ich ideach ogólnoludzkich. To, co czynię, czynię tylko w tym celu, aby niszczyć życie. Powiedz im, że moim jedynym dogmatem jest niszczenie życia...
— Tego im nie powiem.
— Czy ty grasz z nimi komedię? — spytał Gordon pogardliwie.
— Tak... to, to samo bydło, które ty tutaj wzburzyłeś. Chwilowo potrzebuję ich jeszcze... Chwilowo. Może niedługo ludzie zasmakują w niszczeniu życia, wtedy nie będzie potrzeba roztaczać przed nimi obrazów lepszej przyszłości.
— Może... — Gordon zamyślił się.
— Tak, tak, masz zapewne słuszność — rzekł nagle. — Chwilowo jeszcze... Może w przyszłym roku zdołamy wszystko zrobić bez ich pomocy? Ty, ksiądz, Hartmann i ja...
— Hartmann, to wspaniały człowiek. Po włamaniu spierał się całkiem obojętnie z Ostapem o Bakunina i Schopenhauera. He, he... Obaj są pesymistami, ale Schopenhauer nie chce poświęcić życia. Bakunin chce wszystko zniszczyć bez litości.. Hartmann jest bajecznie spokojny... No, bądź zdrów. Pod Philippi217 i tam dalej...
Uścisnęli się.
Gordon nasłuchiwał; sanki zajechały.