— Znam tylko jej podstawowe zasady, a te mi się podobają. Czy pan rozumie? Mówię z punktu widzenia czysto estetycznego. Jest przecież wiele w tym prawdy, że wszyscy jesteśmy dziećmi Szatana. Wszyscy ci, którzy gnani rozpaczą i zwątpieniem czują trwogę, wszyscy ci, których sumienie jest obciążone... I jest w tym wiele słusznego, że życie jest królestwem Szatana: piekłem... Po śmierci ujrzymy może coś tak głupiego i banalnego jak raj... Zresztą sądzę, że wszystko to, w co ludzie wierzą, jest nieprawdą — przeciwnie...

— Czy więc, że każdy ma po śmierci zapewniony raj?

— Każdy, kto tutaj popadł w kleszcze Szatana...

— Nie szydź pan! — zawołał Wroński rozdrażniony. — Nie powinien pan szydzić! Czy pan rozumie? Tak tęskniłem za panem, a teraz szydzi pan z mojej trwogi i męki!

— Nie szydzę! Mówię całkiem poważnie!

Gordon powiedział te słowa bardzo spokojnie.

— Ależ to wszystko mistyka, estetyka. Nie chcę estetyki! Ja mam umrzeć! Chcę faktów! Pan zniszczył mi moją wiarę. Pan zabrał mi wszystko, co by mnie teraz pocieszyć mogło. Stałem się kapłanem ateizmu, zawlokłem go do szkoły, wszczepiłem go w serca wszystkich moich kolegów, plułem na wszystko, co święte, niszczyłem i psułem, bo pan byłeś moim Bogiem, bo wierzyłem w pana, a teraz, kiedy mnie lęk śmierci ogarnia, karmi mnie pan estetyką, ty...

Nagle nieruchomo spojrzał na Gordona i uczuł się głęboko zawstydzonym. Ochłonął.

— Nie, Gordonie — rzekł cicho — to oczywiście tylko trwoga, ale ja nie porzucę swych przekonań.

Gordon spojrzał nań uważnie.