— Nie chcę szczęścia, gardzę szczęściem, ale chcę się zemścić, bo jestem tak nieszczęśliwy!
Pochylił się ku Gordonowi i szepnął bardzo cicho:
— Czy wie pan, czy pan wie, co ja wymyśliłem?
Szeptał jeszcze ciszej.
— Podpalę ratusz...
Porwał się tryumfująco, ale opadł zaraz w tył, przechylił się silnie naprzód, chwycił się gwałtownie za piersi, jak gdyby się dusił kaszlem.
— W jakim celu? — zapytał Gordon poważnie.
Wroński był wściekły.
— Czy mnie pan masz za głupca? Czy nie mówił pan o takim planie, czy nie mówił pan sam, że przy pomocy tych pieniędzy ukrytych w ratuszu można by zrewolucjonizować całą prowincję? Czy nie mówił pan, że trzeba by spalić ratusz po wypróżnieniu kas? Wszak pan tylko szukał człowieka, który by się tego podjął, a teraz ma pan oto mnie, ja pana chcę uszczęśliwić, ja chcę panu pokazać, żem pana wart, a pan mnie pyta o cel?!
Zbrakło mu oddechu, sapiąc, opadł na łóżko.