Nagle znowu powstał, całkiem spokojny i zimny.

— Odkąd pan mówił ze mną o tym, stałem się innym człowiekiem. I tylko o tym myślałem. O tym i o śmierci. Teraz zapominam o śmierci. Kocham pana, chcę się panu podobać, chcę czynem wzniecać rokosz i wzburzenie... Piekło moje rozpryska się... Mam umrzeć, a czy umrę tu, czy w więzieniu, to obojętne... He, he, mistrzu mój, mój mistrzu...

Gorączkowo chwycił Gordona za rękę i ucałował ją pełen zachwytu.

Gordon wydarł mu rękę.

— Ależ pan szalony!

— Ja więcej jeszcze zrobię! — szeptał Wroński, śmiejąc się bezrozumnie. — Zemszczę się, zemszczę się!

Opadł go gwałtowny kaszel, ale nie zważając na to, bełkotał niezrozumiale; w ekstazie zapominał o męczarni.

— Na wszystkich się zemszczę! Ojciec mój pracował pięćdziesiąt lat jak wół przy pługu i pozostawił mi tylko tę norę przepełnioną bakcylami. Wie pan, wie pan — targał kurczowo Gordona za ramię — ten jeden rok na uniwersytecie... Och, och... Gdyby mi pan nie był pomógł, zginąłbym jak pies pod płotem... Głód mnie szarpał! Boże, jak ja cierpiałem! Raz, posłuchaj pan — to straszne! Nie jadłem już nic od trzech dni, znalazłem kawał chleba w wychodku i zjadłem, przestałem już być człowiekiem... Teraz się zemszczę! Zawsze myślałem o zemście, wtedy już, kiedy zaczął tu grasować tyfus głodowy przed dziesięciu laty. Ha, ha, nie wierzy pan? Zobaczy pan! Ja jestem poddanym pana, ale i ja mam swoje sługi!... Dawniej to głupie plemię nie chciało być bogiem, ale ja zamienię się w boga. Dreszcz szczęścia przebiega mnie na myśl, że będę takim jak pan... Widzi pan tam — tam, wielką willę... Ha, ha, ha... właściciel jej wyjechał, mój kuzyn jest tam stróżem... Panie, mój panie, za dziesięć dni, po pełni księżyca!... Zobaczysz pan iluminację! Święcić będę urodziny pana, ty, ty wielki książę ciemności! Niechaj mają światła, dużo światła! światła! Tyle światła miasto nigdy jeszcze nie widziało...

Mówił prędko, urywanymi zdaniami.

— Pan myśli, że ja obłąkany! Nie, nie! Pan myśli, że ja chcę palić bez celu! Panie, pan dopełnisz tego celu! Ja jestem ślepym trafem, a pan mądrą opatrznością... Ja jestem naczyniem, a pan jego zawartością... Ja palić będę, ale nie pierwej, aż pan wypróżni kasę... Ha, ha, ha... Ale dlaczego pan tak ozięble siedzisz?