Ustał nagle i niemal zakłopotany spojrzał na Hartmanna. Zdało mu się, że za wiele powiedział.
— Wydaje pan strasznie lekkomyślne i jednostronne sądy — rzekł Hartmann po długim milczeniu. — Obchodzi się pan z takim Nietzschem jak z żakiem szkolnym...
— Być może... Tak, istotnie. Jestem jednostronny, jestem fanatykiem... Ma pan słuszność... To zresztą moja rzecz... Jedyny filozof, którego czczę, to Napoleon. Szczęście nie nęci mnie wcale, nie troszczę się o nie. Cała etyka, wszelkie przyczyny i cele nie mają dla mnie żadnego znaczenia. Ale znam i ubóstwiam jedną rzecz, jedyną, która jest piękna — czy pan rozumie? piękna — a jest nią potęga, potęga, potęga!
Hartmann spojrzał nań ponuro.
— Wiedziałem, że pobudki pana są złe.
— Co to pana obchodzi, czy są złe czy dobre? Zresztą potęga nie jest ni zła ni dobra, jest tylko piękna! Napoleon sam był śmiesznym ideologiem, był małym człowiekiem, bo chciał zdobyć potęgę na to, żeby się nią rozkoszować, z potęgi chciał zrobić przedmiot własności...
— A pan?
— Ja chcę pić potęgę i upajać się nią w czynie, potęga jako przedmiot własności jest dla mnie śmieszna, tak śmieszna jak ta nędzna, obdłużona wioska, na której siedzę. Chcę być potężnym, ale nie chcę potęgi posiadać. Gdyby Napoleon zniszczył świat dla niszczenia, gdyby druzgotał trony i nie obsadzał ich na nowo, gdyby zniszczył był porządek rzeczy i nie przekształcił go na inny, natenczas byłby dla mnie Bogiem! Nie! nie Bogiem! Wszak Bóg istnieje tylko na to, żeby strzec własności mienia i życia... Ale byłby dla mnie Szatanem! Najwyższym! Ten, który niczego nie posiada, dla którego życie jest obojętne, nie potrzebuje Boga, Bóg jest dla niego zbyteczny, ale potrzebuje Szatana — Boga, który przemawia czynem, który do czynu pędzi... zresztą gardzę także Napoleonem...
Milczeli długo.
Hartmann wstał powoli.