Usiadł znowu.
— Czy lubi pan filozofię?
— Lubię myśleć.
Hartmann chodził po pokoju, spoglądał od czasu na Gordona i zdawało się, że szukał słów.
— Co pan właściwie ceni, filozofię Nietzschego27? — spytał nagle.
— Filozofię? Wcale nie. Ale sztukę Nietzschego cenię bardzo.
— A filozofię jego pan ma za nic? — spytał Hartmann zdumiony i usiadł znowu.
— Tak jest. Filozofia jego nie zaciekawia mnie wcale. Bo cóż on stworzył lepszego lub gorszego od któregokolwiek innego filozofa burżuazyjnego? Wszak Nietzsche-filozof to czysto burżuazyjny mózg... Czymże jest cała dotychczasowa filozofia? Marną etyką burżuazyjną, jedyną etyką, jaką w ogóle burżuazja posiada, a mianowicie etyką, która głosi świętość i nienaruszalność własności. I dlaczego, sądzi pan, zgodzono się wreszcie na to, że życie nic nie warte. Wszakże wszystkie powody, jakie filozofowie przytaczają na uzasadnienie tego poglądu, dadzą się ostatecznie sprowadzić do przyczyn ekonomicznych. Utopista, doszedłszy do tego poglądu, chce stworzyć inne warunki bytu, ale filozofowi burżuazyjnemu takiego wniosku wyciągać nie wolno, bo własność jest nienaruszalna. A więc gdzie szukać wyjścia. Bajeczny imiennik pana chce wyzwolić się przez samobójstwo. A Nietzsche? Wszakże i on wyszedł z pesymistycznego poglądu na życie, wszakże i on jasno zdawał sobie sprawę z tego, że życie nic nie warte; ale nie chciał zatrzeć granicy między „moim” a „twoim”, nie chciał uciec się do banalnego środka wybawienia przez śmierć, więc woła do ludzi: bądźcie nadludźmi! Ale dlaczego mamy stać się nadludźmi? Bo powinniśmy się wznieść ponad nędzę, która wytworzyła własność. He, he, he! Nie ma dobra ni zła, ale Nietzsche ciągle mówi o anarchistach jak o psach, które przebiegają wszystkie targi europejskie... He, he... Bądźcie nadludźmi, to znaczy, bądźcie szlachetni i mądrzy, pracujcie przy pomocy pojęć, nie dbajcie o burżuazyjny porządek społeczny, lecz druzgotajcie jego tablice, naturalnie na papierze i gardźcie nim... He, he, he... Nigdy jeszcze ta trwoga burżuazyjna, co drży przed możliwym naruszeniem własności, nie ukryła się tak dobrze. W gruncie, to przecież nic innego, tylko nauka chrystianizmu: nie troszczcie się o skarby, które rdza pożera... Ha, ha... Jedni udają się do Indii i wchłaniają w siebie naukę brahminów... drudzy chcą się oczyścić i uszlachetnić środkami czystego człowieczeństwa, inni stają się nawet nadludźmi!...
Gordon wpadł w niezwykłą wściekłość.
— Jaka ona śmieszna, ta drżąca trwoga, która teraz dla odmiany stworzyła sobie nadczłowieka. Ta trwoga, ta trwoga, rozumie pan — ta trwoga drobnego obywatela, który drży przed dynamitem anarchisty. Nienawidzę tych kłamliwych ideologów burżuazyjnych, bardziej nimi gardzę niż Napoleon...