Siedzieli długo w milczeniu.
Kiedy Hartmann znowu podniósł oczy, spostrzegł, że Gordon śpi.
Wstał cichutko, przyniósł kołdrę z łóżka i przykrył go starannie.
Twarz śpiącego jakby zastygła w najrozpaczliwszym smutku. Zdawało się, jakby ledwo oddychał.
Hartmann odwrócił oczy, ale wciąż musiał na nowo wpatrywać się w tę rozpaczliwą twarz. Tak siedział blisko godzinę.
Nagle Gordon otworzył oczy. Całkiem spokojnie. Jakby je dopiero co przymknął.
— Muszę już iść — rzekł, odłożył kołdrę i powstał. — Dziękuję panu. Pan jest dla mnie jedynym. Jutro znowu przyjdę, a wtedy omówimy szczegóły.
— Może napije się pan jeszcze herbaty?
Gordon spojrzał na zegarek.
— Jest już po trzeciej, ale chętnie zostanę i chętnie z panem będę rozmawiał.