Uśmiechnęli się do siebie pełni zakłopotania.
— Mówił pan kiedyś w Londynie o wszystkich tych wydziedziczonych i zrozpaczonych, o wszystkich tych dzieciach Szatana, jak ich pan nazwał. Jest coś ponętnego w tej myśli, która nieustannie w ciągu wieków powraca. Wszystkie ludy i wszystkie czasy wierzyły w pierwiastek zła, a pan, wszak pan jest ojcem zła, a to dobrze.
— Czy to dobrze?
— Tak, to dobrze.
— Czy pan to dzisiaj dopiero zrozumiał?
— Tak. Na chwilę przed przyjściem pana. Wiele zastanawiałem się nad panem... Teraz już jestem gotów... Ależ pan drży. Napij się pan herbaty, naleję panu koniaku... Tak... Wystarczy?
— Czy pan jest pod dozorem policji?
— Nie. Nigdy nie brałem udziału w żadnym ruchu. Czekałem na Jedynego.
— A tym jestem ja?
— Tak. Pan.