— Jesteś za bystry, panie Gordonie — rzekł Hartmann bardzo powolnie26. — Nie mogę podążyć za myślą pana, mózg mój niewyszkolony nie zdoła pojąć pańskich paradoksów. Zresztą nie wierzę wcale w to, co pan mówi. Wszak to tylko surogat pańskiego myślenia, wszak to drzazgi tylko, które mózg dokoła siebie rozrzuca. W tym tkwi zupełnie co innego.

— Tak pan sądzi?

— Ukrywa pan i chowa swoje wnętrze, tryskasz paradoksami i dowcipnymi słówkami, żeby tylko nie pokazać najgłębszego dna duszy. Pan bardzo nieprzystępny. Pan jest arystokrata. Może ostatni...

Urwał nagle i umilkł.

— Chcę z panem wspólnie pracować — rzekł po długiej chwili milczenia.

Po twarzy Gordona zamigotała jakby jasna iskra błyskawiczna, ale wnet znikła i twarz przybrała wyraz zwykłej obojętności.

— To bardzo rozsądnie — rzekł prawie niedbale.

— Wczoraj jeszcze się opierałem. Pobudki pana były mi niejasne. I teraz ich jeszcze nie rozumiem zupełnie. Ale ufam panu...

— Wszak mnie pan nie zna.

— Nie! Nie znam pana. Nie znam myśli pana, ale znam twoją duszę.