— Ja go właściwie bardzo lubię. On straszliwie się boi. Musiał coś straszliwego popełnić. Hm... Lęka się, bo myśli, że znam jego tajemnicę. To dobrze. I tylko tą jego trwogą przykuwam go do siebie. Miał w tych dniach napad, zdaje mi się, epileptyczny. Otóż teraz boi się, czy nie zdradził tajemnicy w gorączkowej paplaninie. On wie bardzo dobrze, że nie zrobiłbym użytku z jego tajemnicy, w żadnym razie, ale tej trwogi nie można odpędzić rozumowaniem. He, he... ty wiesz, jaką trwogę odczuwa wykształcony człowiek przed więzieniem... U parobka byłbym narażony na to, że sam by się zadenuncjował i zgubił siebie i wszystkich, ale taki popełni raczej dziesięć nowych morderstw, żeby tylko uniknąć więzienia. Mnie cała sprawa już ogromnie obmierzła, ale Ostap jest główną osobą...

— Kto jeszcze?

— Suchotniczy student, który chce podpalać. To niezwykle dobrze. Pożar, który wybucha równocześnie w trzech miejscach, jest w każdym razie bardzo skutecznym środkiem.

— I wszystko to chcesz wykonać przy pomocy trzech ludzi?

— Czy to nie wystarczy? Trzech! To już za wiele. Najchętniej zrobiłbym wszystko sam, ale muszę czekać. Mam coś większego wykonać, coś znacznie większego.

Gordon zapalał się.

— Zniszczę cały szmat ziemi. Ja sam. Może tylko z pomocą kilku ludzi. Spójrz tylko na tych ludzi, na tych nędznych trzech ludzi. Wszyscy oni moi. Ten chłopiec, który zamiera w zgniłym pokoju trawiony chorą rozpaczą, że niechybnie umrzeć musi, i przepełniony dziką, fanatyczną nienawiścią ku wszystkiemu, co go zniszczyło, jest mój! Ten drugi, który zbrodnię popełnił, i który chciał się uratować przez miłość, którą ja mu zniszczyłem, jest mój. Ten filozof, któremu myśl serce wygryzła, jest mój. Ta kobieta, która nagle kochać zaczyna i wstręt odczuwa dla własnej przeszłości, jest moja. Każdy trawiony lękiem, każdy zrozpaczony, co zgrzyta zębami w bezsilnej wściekłości, każdy, kto ociera się o więzienie, każdy, kto głód znosi i upokorzenie, niewolnik i pan syfilityczny, nierządnica i zhańbiona dziewczyna, opuszczona przez kochanka, więzień i złodziej, literat bez powodzenia i aktor wygwizdany — wszyscy oni, wszyscy są moi. Pomagają mi w pracy. Oni szerzą rozpacz, bunt i wzburzenie. Sieją za mnie, a ja zbieram ich żniwo. Nie potrzebuję ich wszystkich, ale wszyscy stoją za mną... Oni wszyscy, my wszyscy spojeni jesteśmy tym jednym łącznikiem, tą jedną zbrodnią: rozpaczą. Jeden nie zna drugiego, ale wszyscy jesteśmy braćmi.

Pił gorączkowo.

— Czy kłamię, czy może kłamię, kiedy zapewniam moich trzech niewolników, że ich jest legion, że pracuję po myśli olbrzymiego sprzysiężenia, które szerzy się po całym kraju? Czy kłamię? Nie! W każdej miejscowości, w każdym mieście mam swoich spiskowców. Jeden nie zna drugiego, ale ja ich znam wszystkich.

Zadrgnął34 nerwowo.