Nie! nie było ludzi! To przecież tylko z trwogi zrodzona mara jego duszy. Naturalnie! Nagle się ściemniło, spostrzegł przed sobą grube drzewo. Ukrył się za jego pniem. Na wieży kościelnej zegar uderzył godzinę dziesiątą.

Teraz do czynu! Usłyszał gwizd nocnego stróża. Drżał tak silnie na całym ciele, że nie mógł ruszyć się z miejsca. Wreszcie opanował się i ostrożnie wkradł się do ratusza. Ukrył się za schodami. Wtem ogarnął go strach: zobaczył światło! Teraz schwycą go z pewnością! Przyparł się do ściany, ale ściana ustąpiła pod naciskiem jego ciała, usuwała się coraz dalej, otworzyła się i zamknęła za nim, słyszał zgrzytanie kluczy; ogarnęła go nieokiełzana, zwierzęca rozkosz.

Teraz po cichu, z wolna wstępował po schodach. W końcu znalazł się w izbie pełnej papierów. Gdzie okiem sięgnął, wszędzie masy pożółkłych aktów45, stosami na sobie ułożonych. Na ziemi także było ich pełno, tak że ciągle się o nie potykał.

Zaśmiał się cicho. Miał ochotę wykrzyknąć radośnie, ale obawiał się, by go nie odkryto.

Nigdy nie czuł jeszcze takiej bezkresnej radości, dusza jego rozpływała się w ekstazie rozkoszy i tylko z wysiłkiem tłumił dziki krzyk tryumfu.

Przyniósł wielką konewkę nafty, wylał na papier, zakręcał nią i zakreślał szerokie łuki. Czuł się kapłanem, który wodą święconą błogosławi gromadkę wiernych. Wzniósł w górę konewkę, gdy poczuł, że już była próżną, z szaloną radością cofnął się w tył46 i rzucił na ziemię zapaloną zapałkę.

W mgnieniu oka wszystko stanęło w płomieniach.

Fioletowy i zielony słup ognia począł go ogarniać.

Chwyciła go straszna trwoga. Chciał uciec, ale mu sił nie stało47. Słyszał huk i łoskot, ogień zajmować począł jego ubranie, belki waliły się na niego, wyciągnął w górę ręce, wydał przeraźliwy okrzyk i obudził się.

Rozejrzał się po pokoju.