Przy piecu siedział jakiś nieznany człowiek.

II

Wroński przetarł oczy. Nie! To nie był sen. Tam naprawdę siedział jakiś człowiek. Był tak zmieszany, że nie mógł zebrać myśli. Wpatrywał się tylko w nieznajomego osłupiałym wzrokiem i wysilał się daremnie, by skupić myśli.

Spojrzenia ich się spotkały. Nieznajomy wstał i zbliżył się do łóżka.

— Jestem Botko — rzekł przyjaźnie. — Pan wiesz przecie, kto ja jestem. Pukałem, ale pan zapewne nie słyszał. Musiał pan spać. Wszedłem bardzo ostrożnie!... Cóż słychać u pana? Mówiono mi, że pan bardzo chory.

Wroński drgnął, usłyszawszy nazwisko Botki. W mgnieniu oka wrócił do przytomności. Szczególna jasność rozpostarła się w jego mózgu i nagła trwoga go ogarnęła.

Zdawało mu się, że siedzi w celi więziennej, i że wnet go poprowadzą na stracenie. Czuł z niezachwianą, dręczącą pewnością, że upiorne mary jego fantazji stają się rzeczywistością.

— Zdaje mi się, że pan jest bardzo wzburzony, panie Wroński. Musiał się pan nagle zbudzić; nie może pan przyjść do siebie.

— Tak — ja... ja... wiem... Proszę... jestem chory...

Wroński mieszał się coraz bardziej.