Długa pauza.

Botko rozglądał się po pokoju, który zdawał się go niezwykle interesować.

— To mieszkanie jest bardzo wilgotne. Powinien się pan wyprowadzić. Grzyby na ścianach są już przecie dostatecznym powodem...

— Ten dom do mnie należy. — Wroński odzyskał zupełnie przytomność. — Jedyna to pozostałość po moim ojcu.

— Pan tu sam mieszka?

— Tak. Nikt by przecież mieszkać tu nie chciał. — Wroński machnął niecierpliwie ręką, podszedł do stołu i napił się wódki.

Nagle przyszło mu na myśl, że zachowanie się jego nigdy jeszcze nie było tak wymuszonym i nienaturalnym48. Przecież, do licha, nie potrzebował się obawiać! Z nieufnością spojrzał na Botkę. Botko jednak umyślnie nic nie widział i nie spostrzegał.

— Ten rów przed pańskim domem, dochodzi prawie do ratusza? — zapytał Botko niespodzianie. — Zauważyłem mostek na jednej z bocznych ulic...

Wroński, bardzo niemile dotknięty, starał się ukryć drżenie, którego nie mógł powstrzymać.

— Tak, prawie do samego ratusza. Pan zapytywał o ratusz... Zauważył pan także zapewne, że rów ten gęsto zarośnięty jest krzakami...