WANDA

przypada do niego, czepia się go i woła

Nie odchodź, nie odchodź, bo zabijesz matkę!

KONRAD

z zimnym, zastygłym bólem

Nie mam matki.

WANDA

Boże! Boże! Jak strasznie mnie karzesz.

Przez drzewa parku widać łunę ognia i słychać krzyki przerażenia: Pożar! pożar!

WANDA