WANDA chwilę sama, zapatrzona w dal.
BOROWSKI
wychodzi na werandę i woła ją po cichu
Wando! Chodźże. Tak się to wszystko dziwne ludziom wydać musi. Cóż to znaczy, żeś tak nagle wybiegła na werandę?
WANDA
przeciera czoło, w zamyśleniu
Nic... nic... mój drogi. To tylko głos mojego sokoła i twojej gołębicy w moim sercu... Nie dopuśćmy do tego, na Boga, nie dopuśćmy.
BOROWSKI
ponuro
Nie dopuszczę... No, pójdziesz do gości, których sprosiłaś na uroczystość, tę wielką uroczystość, w której ja stanę się podwładnym twego syna?