XVI

Prawie w tym samym dniu, tego samego miesiąca i tego samego roku, wyszły dwie książki, które były sensacją dnia: Dehmla tom poezji pod dziwacznym tytułem Aber die Liebe i książka „eines Herrn mit unaussprechlichem Namen393”, moja Totenmesse.

O Aber die Liebe Dehmla — tytuł zaczerpnięty z proroctw Jeremiasza, gdzie Jeremiasz mówi o miłości mniej więcej językiem Tertuliana, że ona to jest das Trübe394 w życiu, wniebo- i wpiekłowzięciem zarazem — napiszę osobno, jako wstęp do świetnych tłumaczeń Dehmla najcenniejszych utworów, przygotowywanych do druku przez profesora Arnolda Spaeta w Stryju; a nikt nie byłby więcej kompetentny ku napisaniu tej przedmowy ode mnie: wszak Dehmel tworzył to dzieło w moich oczach i z każdej twórczej myśli poonczas się przede mną wynurzał — na chwilę wracam do Totenmesse.

Dehmel nazwał mnie w jakimś liście po przeczytaniu Totenmesse Jeremiaszem zdegenerowanych instynktów (Jeremias der entarteten Instinkte) i trafił w sedno. Dziś patrzę na Totenmesse jak na psychologiczny dokument duszy onych wykolejeńców, „schyłkowców”, w jakich obfituje — dziwna rzecz — czas na przełomie dwóch wieków: ciekawym byłoby zestawienie takich typów jak Werter, jak bohater Musseta w Spowiedzi dziecka swego wieku, jak Lermontowa Bohater naszych czasów z tym moim Certain, jak mego bohatera w przedmowie do Totenmesse nazywam.

A że analizę moją tej duszy dokonałem z ścisłą precyzją, zadokumentował to Weininger i swoim tworem, i swoją samobójczą śmiercią.

W jego Geschlecht und Charakter całe mnóstwo ustępów, które wydają mi się jakoby parafrazą — genialną wprawdzie parafrazą — tego, com dziesięć czy piętnaście lat przed nim napisał, a weiningerowskie: je n’en vois la nécessité395, by ludzkość dalej trwać miała, jego wstręt i obrzydzenie do wszelakiego rodzaju fécondité396 głosi nieszczęsny bohater mego tworu na każdej kartce swych przedśmiertnych zwierzeń.

Ponoć słynny clown-poeta wiedeński Peter Altenberg397 — tak wyczytałem przynajmniej w felietonie pana Janikowskiego w jakimś galicyjskim piśmie — latał po kawiarniach wiedeńskich i głosił mnie zbrodniarzem, bo śmierć samobójczą Weiningera mnie przypisywał — a raczej wpływowi tej mojej nieszczęsnej Totenmesse.

To oczywiście głupi bezsens — jeden dowód więcej, jakie potworne legendy wokół mnie się tworzyły i wciąż jeszcze się tworzą — natomiast miałem satysfakcję, iż ta właśnie legenda powstać mogła: to najlepszy dowód dla mnie, iż w analizie tej zdegenerowanej duszy schyłkowca, degenerata, młodzieńca z osławionej epoki fin de siècle, się nie pomyliłem.

I jak nie mam gorzkich łez ronić, żem nie został psychiatrą!

A tak mi żal tego genialnego dziecka — zbyt wielkim ciężarem klątwy zwaliło się na jego duszę jego semickie pochodzenie; klątwy, którą, jak sam twierdzi, jedyny Chrystus przełamał, a — by móc tę klątwę przełamać — trzeba być Bogiem.