A tak nie chciałem pisać — tak trudno mi było pisać!

Przypominam sobie: naganiała mnie Laura Marholm, bym wreszcie tę „pierwszą książkę” napisał; karcił mnie Ola Hansson milczącym, napominającym wzrokiem; Strindberg przysłał do mnie swego adlatusa402, Adolfa Paula, by zbadał, czy ja co piszę, a gdy tenże zdał mu relację, że w moim domu nie ma ani pióra, ani atramentu (pióro i atrament miałem w biurze „Gazety Robotniczej”), poczynano o mnie wątpić — jeden Dehmel wiedział, że tworzę.

Książka moja była dla mojego otoczenia nagłą niespodzianką.

Przyjął ją z głębokim szacunkiem Ola Hansson — nikt przedtem ani potem tak głęboko nie wniknął w jej istotę, jak właśnie on w swoim essay, drukowanym swego czasu w najpoważniejszym literackim tygodniku w Berlinie: „Die Nation”; kwasiła się na „Zygmunta Augusta” pani Marholm, że ten mój certain tak pogardliwie o kobietach mówił; „gynolatrem” szkalował mnie Strindberg, że za dobrze o tych gałgańskich kobietach mówię; zacierał ręce z radości mój wierny, mój kochany dr Asch i powtarzał: „A czym nie mówił? Hab’ ich es nicht gesagt?” — ale z najgłębszym wzruszeniem myślę teraz o Dehmlu.

Gdym mu manuskrypt przeczytał, schwycił mnie za rękę i trzymał długo, długo w jakimś parnym, ciężkim milczeniu.

Raz po raz ściskała się kurczowo jego dłoń, tak żem dotkliwy ból odczuwał — rzadko kiedy uczułem milczenie tak krzycząco wymownym.

Wziął mój manuskrypt:

— To musi być językowo wyszlifowane do najmożliwszych granic — powiedział i prosił mnie, bym nazajutrz do niego przyszedł.

Nazajutrz przywitał mnie w drzwiach całym ustępem z Totenmesse, który mu się najpiękniejszym wydawał. Mówił go na pamięć, a Dehmel rozporządzał wprost fenomenalną pamięcią — wyraził zdumienie, żem do tego stopnia język niemiecki opanował (a w istocie nie było dużo do poprawiania), śpieszno mi było z powrotem, ale gwałtownie mnie zatrzymał.

— Właśnie otrzymałem od Schlafa manuskrypt, razem go przeczytamy.