Nikt z nas nie powiedział o sobie, że stworzył coś skończonego — to tylko Wy macie waszych ogólnie zaaprobowanych geniuszów — naszym pragnieniem, naszą tęsknotą, to tylko: być Janem Chrzcicielem dla Tego, który przyjdzie — dla Potężnego, dla Mocnego, dla Nieśmiertelnego: Geniusza, w którym się Absolut objawi.

A ten mój Absolut, który niemiłosiernie wykpiwali warszawscy pozytywiści?!

Najprostsza rzecz w świecie:

Dusza jest Absolutem, a drobniuteńkim jej przejawem — to: „świadome” Ja.

Cała zaś tęsknota ludzka, dążenia do „ideału”, pragnienie doskonalenia się, to była właśnie tęsknota za uświadomieniem sobie coraz to nowych, coraz dalszych obszarów tego bezmiaru, w jakim absolutna Dusza bytuje.

Tak! Poza ciasnym kółkiem świadomych stanów naszego biednego „Ja” jest ocean wewnętrzny, morze tajni i zagadek, kędy się wichrzą dziwaczne burze, są tam kryjówki sezamu, pełne nieprzebranych skarbów i cudów, i rzeczy w słowach nieujętych.

O tym wszystkim mówił już na długo przede mną Miriam, ale mówił do muru z najtwardszego granitu — tragedią Miriama było to, że przyszedł zbyt wcześnie — byłem o tyle od niego szczęśliwszy (!), że natrafiłem przynajmniej na garść ludzi, którzy byli w stanie zastanowić się nad tym, co się im do uszu „szepcze”, bo ta garść ludzi tylko na szept jest wrażliwa.

Tragedią zaś moją było to, żem pragnął — malgré tout666 — tę wiedzę do głuchych uszu wtrąbić.

A mam przeświadczenie, że byłbym znalazł posłuch u społeczeństwa samego, gdyby mi nie był stanął na mojej drodze srogi, żelazny mąż, o „miedzianym” czole, który mnie od niego odgradzał.

Nie takich twórców, jak ja, spychał z drogi, na której artysta do społeczeństwa dostać się może — całkiem innych, o całe niebo wyższych ode mnie zdołał powalić tuż-tuż na progu.