A imię tego srogiego męża, to ON!

Ale to już całkiem inny ON, jak ten, o którym mówiłem, gdym żałował młodzieńczego wyzwiska: „Mydlarze!”.

To nie ten krytyk, chociażby i najzacofańszy, i najwięcej nienawistny wróg wszelkiego rozwoju, przeważnie obarczony ciężką chorobą, jaką jest neofobia — lęk i wstręt przed wszystkim, co by go mogło chociaż na chwilę wytrącić z ścieżki szerokiej i wygodnej, na jakiej pierwsze kroki stawiał, gdy wreszcie „ryczkować” zaprzestał; to nie ten wróg, który z otwartą przyłbicą walczy — ten ON jest bezimienny, bo jest zbiorową potęgą, rozporządzającą całą armią „nieznanych” i bezimiennych — nie żołnierzy, ale — piratów.

To „piąte mocarstwo”, którym włada ten ukryty — ON — to prasa, obsługiwana przeważnie przez rozmaitych wykolejeńców, dyszących zazdrosną nienawiścią ku wszystkim, którzy ich choćby o głowę przerastają.

I cała ta armia otrąbiła na rozkaz tej ukrytej potęgi — żadną inną nazwą określić nie mogę, jak tylko tym przydomkiem „ON” — generalny szturm na okopy tej biednej twierdzy, której tak rozpacznie broniłem.

Wokół rozwył się ogień huraganowy — a arsenał moich wrogów był bardzo, bardzo bogaty, a najskuteczniejszą broń do tego arsenału dostarczałem ja sam.

A trzeba wiedzieć, że prawie wszystkie pociski tych ciężkokalibrowych dział, jakimi ON kierował, były wymierzone już nie w „Życie” samo, ale we mnie, bo już od dawna identyfikowano „Życie” ze mną do tego stopnia, żem rozpaczliwie bronić się musiał przed tym chytrym i przebiegłym manewrem, który całą Młodą Polskę ode mnie i „Życia” odstręczał, bo już nie było mowy o „Życiu”, tylko o Przybyszewskim.

I właśnie w tym czasie, kiedy z wolna mnie coraz złośliwsze liany najpotworniejszych legend spowijać i dusić poczęły, przeżyłem najgłębsze wstrząśnienie całego mego życia: podczas mego pobytu we Lwowie, dokąd zostałem zaproszony na odczyt, poznałem moją obecną żonę Jadwigę, z którą niezadługo srebrne gody święcić będę, a której ciężką tragedią stało się to, że była żoną Kasprowicza, a jej tragedia stała się i moją w szerszych jeszcze rozmiarach, boć to na mnie były wówczas zwrócone oczy całej Polski.

Zarzekałem się w pierwszym tomie Moich współczesnych, że o tyle tylko będę o moim osobistym życiu pisał, o ile ono będzie zawierało jakieś twórcze pierwiastki, a właśnie w tym moim przeżyciu, jak może w żadnym innym, dokonało się i dokonać się musiało to, co zewnętrzne życie twórcy daje jako istotną podwalinę do jego tworu.

Pisałem swego czasu: